Wystarczy, że będę sobie spokojnie pływać...
Jak ja nie cierpię chaosu! A o tym, jak bardzo go nie cierpię, przekonałam się w ostatnim czasie, kiedy wróciły moje problemy ze spaniem. Gdy zrozumiałam, że mój cały wypracowany podczas wrześniowej podróży spokój i balans zwyczajnie trafił szlag i musiałam znowu zacząć brać leki, żeby móc normalnie zasnąć i przespać całą noc.
Dawniej było to moje naturalne środowisko - nieustanny rollercoaster, huśtawki emocjonalne, zamieszanie wokół i w głowie. Czułam się wówczas jak ryba w wodzie. Mogłam spalać się i jednocześnie odczuwać jakiś rodzaj masochistycznej satysfakcji. To się zmieniło. Teraz pragnę spokoju, skupienia, wyciszenia, lubię być sama, lubię być w domu, lubię, gdy leży obok mnie pies, a ja czytam książkę. Lubię nudę, rutynę, nicnierobienie. Bez wyrzutów sumienia, że marnuję czas albo że życie przecieka mi między palcami. Właśnie teraz odnoszę wrażenie, że nie marnuję ani minuty i nic mi nie ucieka. Wręcz przeciwnie - wszystko się zatrzymuje w systemie "stop - klatka" i mogę trzeźwo przyjrzeć się temu, co mnie otacza. Jakby to stwierdziła pani psycholog, z którą się spotykam - mam teraz przestrzeń na spokojne rozważania.
Wspomniana pani psycholog przypomniała mi również bardzo istotną kwestię - aby przyglądać się sygnałom płynącym z ciała. Wiem przecież, że to ważne, ale czasami o tym zapominam. Tymczasem ciało dostarcza tak wielu informacji, które często się lekceważy lub świadomie ignoruje. Leci się do przodu jak wariat, pożera setki leków, stosuje się masaże, medytuje, w końcu otrzepuje pióra, bo nie ma czasu na dotarcie do źródła problemów. Nie chce się pozostać w kontakcie ze sobą. Strach przyznać się przed samym sobą do prawdziwych myśli, emocji i pragnień. Biczuje się, linczuje siebie - "jak możesz w ogóle tak pomyśleć?!", "Jak możesz...". Prawda o sobie bywa bardzo niewygodna. Niepasująca do społecznych i kulturowych kodów, norm i oczekiwań. Ale ona dobija się i chce wywlec się na wierzch w postaci obolałych ramion, pleców, głowy, rwy kulszowej, sztywności nadgarstka, zapalenia gardła, nieprzespanych nocy, bólu, bólu i jeszcze raz bólu, który wrzeszczy na nas, a my odpędzamy go, myśląc, że to wszystko jest nieważne, że nie teraz, może później...
Nigdy w życiu nie sądziłam, że będę umiała przyznać się do słabości. I otwarcie powiedzieć, że nie daję rady, nie chcę i nie będę czegoś robić. A jednak... Nie mam siły ratować. Już nikogo poza mną. Nie dam rady. Teraz muszę skupić się na ratowaniu siebie, zaopiekowaniu się sobą, otuleniu ciepłym kocem i powiedzeniu sobie: "W tej chwili odpocznij, połóż się i miej w dupie cały świat". Tak więc robię to, czego potrzebuję i przyznaję sobie prawo do odpoczynku fizycznego i psychicznego. Oczywiście nie zaniedbuję się. Regularnie uczęszczam na fitness i ćwiczę w domu, ponieważ to wspomaga mnie w utrzymaniu równowagi psychicznej i dbaniu o sprawność ciała. Nie zanurzam się w słodkim, odurzającym dotyku depresji. Wiem, jak bywa kuszące zaszycie się w sobie, muskanie po skroni tej choroby i autodestrukcyjne podszepty. Nic z tego. Potrafię rozpoznać te objawy i blokuję ich dostęp do mnie. Każdego dnia wstaję, podnoszę się i staram się po prostu żyć.
Kiedyś, dziesięć lat temu, machałam rękami na oślep, żeby nie utonąć w czarnym jak smoła morzu depresji. Jeszcze nie zdawałam sobie sprawy z tego, że straciłam grunt pod nogami. Czułam tylko wszechogarniający mnie turbo chaos i instynktownie, jak topielec, próbowałam utrzymać się na powierzchni. Choć nieraz w życiu nie chciałam żyć, wówczas, dziesięć lat temu, wiedziałam, że nie mogę sobie pozwolić nawet na taką myśl, gdyż byłam matką i moje dziecko było najważniejsze. Wtedy nie mówiło się o tym, że depresja to plaga XXI wieku. Ten problem nie był tak mocno nagłaśniany jak dzisiaj. Pojęcie mobbingu w pracy było traktowane jak kolejny głupi wymysł psychologów i nikt nie brał go na poważnie. Moje pokolenie znosiło sytuacje i zachowanie szefów, które obecnie są nie do przyjęcia przez młodych. I bardzo dobrze zresztą. Pojęcie rodziny dysfunkcyjnej nie było zbyt popularne, a przynajmniej nie aż tak jak teraz. Nikt nie roztkliwiał się nad DDA czy DDD. Przemoc w rodzinach? To było tak standardowe zjawisko, że rodziny, w których ten problem nie istniał, to były jakieś nieliczne wyjątki. Dlatego wielu ludzi żyło w przekonaniu, że to normalne, zwyczajne. Czym poza tym była i jest normalność? Relatywizowanie takich terminów zawsze zamykało temat.
Dzisiaj nie tonę i nie szamoczę się jak szalona. Mam w sobie przestrzeń na to, by słuchać ciała i siebie. Siebie niedoskonałej, czasami egoistycznej, czasami rozkapryszonej, leniwej, nakręconej, zamkniętej lub otwartej - to zależy, skłonnej do niesienia pomocy na swoich warunkach, niechętnej wobec nadużywania mnie, wobec manipulacji i szantaży emocjonalnych, dbającej o najbliższych bez zapominania o sobie, lubiącej spokój, swój rytm dnia, kochającej i kochanej. Mogę dać z siebie tyle, ile w danym momencie jestem w stanie. Nie więcej ani nie mniej. Być może chwilami jestem zbyt bezpośrednia, ale ja naprawdę nie mam ochoty i siły na gry rodzinne i wszelakie inne. Wolę nazywać rzeczy po imieniu zamiast skazywać siebie i drugą stronę na rozczarowania.
Na tym etapie życia potrzebuję spokoju, miłości i harmonii. Nie chaosu i hałasu. Potrzebuję ludzi, przy których wzrastam i nie odczuwam napięcia, którzy także przy mnie czują się komfortowo. Dla których telefon działa w dwie strony. Podobnie zainteresowanie i troska. Tak zwyczajnie i po prostu. Nie potrzebuję już pola minowego, nie chcę być saperem, który to pole będzie rozminowywał. Nie potrzebuję ciągłej adrenaliny. Żadnych skoków na bungee ani wspinaczki wysokogórskiej, ani skoków na główkę do jeziora. Wystarczy, że będę sobie spokojnie pływać w przezroczystej, błękitnej wodzie...


W punkt.
OdpowiedzUsuń