Związek z odzysku ;)
Gdy przypomnę sobie, co myślałam o ludziach po czterdziestce sama będąc zaledwie podlotkiem, to chce mi się śmiać. Takie grzyby to zmurszałe wersje siebie - sądziłam. Nie bawią się, nie uprawiają seksu, nie mają marzeń i nie zakochują się. Podążają codziennie tą samą trasą: praca - sklep - dom. Ich rytm dnia jest przewidywalny do bólu. Nic tylko szykować garsonki i garniaki do trumny. Tak myślałam. Pamiętam też, że często słyszałam westchnienia dorosłych, którzy chcieliby znowu być dziećmi lub mieć te wspaniałe (w ich mniemaniu) dwadzieścia lat. Dziś jestem grubo po czterdziestce, właściwie przed pięćdziesiątką, i powiem krótko - nareszcie mam święty spokój. Taki wewnętrzny.
Oczywiście zmagam się na co dzień z różnymi problemami. One są nieodłączną częścią życia. Ale mam w sobie taki kompas, który wskazuje mi, którędy chcę podążać. Czego właściwie chcę albo czego na pewno nie. Na co mam ochotę. Jaką powinnam podjąć decyzję. Wiem, że niczego nie muszę. Że nie obchodzi mnie wiele rzeczy, zwłaszcza te, na które nie mam wpływu. I już wiem, że nie mogę brać odpowiedzialności za wszystko i wszystkich, za ich emocje i uczucia, za zły nastrój, za niespełnienie i złość. Wiem, że jestem osobą, na której w stu procentach mogę polegać i aktualnie jedyną osobą, za którą jestem odpowiedzialna. I wiem, co czuję i czego pragnę. I czuję spokój, bo wiem, że jest przy mnie Ktoś, kto jest ostoją. Nie chwiejnym młodzikiem, który sam właściwie nie wie, kim jest i czego chce. Ale Ktoś, kto przeszedł długą i trudną drogę, by spotkać się ze mną akurat w takim, a nie innym momencie mojego i Jego życia.
Gdybyśmy trafili na siebie w niewłaściwym czasie, nic by z tego nie wyszło. Dwoje młodych choleryków, miotających się ze sobą, mogłoby stworzyć niezdrową, wybuchową relację, która zniszczyłaby najpiękniejsze uczucie. Brak zrozumienia, ośli upór, krótki lont - taka oto mieszanka potrafiłaby nieźle namieszać, a ostatecznie z dużym prawdopodobieństwem - rozsadzić związek od środka. Oczywiście po dłuższym już czasie stwierdzam, że mimo zaawansowanego peselu, nadal czasami emocje biorą nad nami górę, ale mamy świadomość, jakie to emocje, co tak naprawdę czujemy i zastanawiamy się nad rozwiązaniami, a nie nad urządzaniem scen i dram.
Z jakimi trudnościami zdarza się mierzyć parze złożonej z dwojga ludzi po przejściach? Na początku wiadomo - w głowie pojawiają się oczekiwania, plany i marzenia, ale życie szybko je weryfikuje. Problemy... Są nieuniknione. Problematyczne jest pogodzenie wielu spraw np. opieka nad rodzicami, nad dziećmi z poprzednich związków, budowanie relacji z tymi dziećmi, finanse, obowiązki w miejscu zamieszkania pary, stawianie granic wszelkim osobom znajdującym się poza związkiem - rodzicom, dzieciom, byłym partnerom, szeroko pojętej rodzinie. Można by jeszcze mnożyć i mnożyć kłopotliwe zagadnienia. Wszystko jest uzależnione od indywidualnej sytuacji.
Patrząc na mój osobisty przypadek i przypadki bliskich mi osób z otoczenia, wiem, że na pierwszym miejscu powinien być związek. Nie dzieci, nie rodzice. Związek. Wraz z jego ustaleniami i zasadami. Domyślam się, że wiele osób się z tym nie zgodzi. Bo przecież dzieci są najważniejsze. Bo rodziców ma się jednych, a partnerów czy partnerki można zmieniać w życiu wiele razy. Otóż, zdrowa relacja dwojga dorosłych osób przede wszystkim polega na dbaniu o związek. Dzieci są bardzo ważne i jeśli para właściwie zarządza swoim czasem, uwagą i ma ustalony system wartości, zawsze będzie umiała dać dzieciom to, czego potrzebują i czego one też chcą. Zdarza się niestety, że dzieci z poprzednich związków - obojętnie czy pełnoletnie czy małoletnie - mają problem z zaakceptowaniem nowej sytuacji. I zwyczajnie nie chcą uczestniczyć w codziennym życiu pary, są zazdrosne, zaborcze, czują się odrzucone, zepchnięte z piedestału, manipulują, kłamią, próbują wpędzić rodzica w poczucie winy. Cała sztuka polega na tym, by jedna i druga strona zrozumiała, że stworzenie rodziny patchworkowej nie jest proste i nie zawsze oczekiwania pokrywają się z rzeczywistością. Czasami trzeba uznać, że rodzic biologiczny dziecka jest odpowiedzialny za swoją relację z potomstwem, natomiast partner lub partnerka może, ale nie musi w tym uczestniczyć. Dla dobra swojego i swojej relacji należy dać spokój i zająć się swoim dzieckiem lub dziećmi. Nie zawsze uda się posklejać rodzinę z różnych kawałków.
Jeśli chodzi o rodziców - rzecz wygląda podobnie jak z dziećmi. Można spróbować stworzyć harmonijny układ, lecz nie można oczekiwać, że to się uda. Różnie bywa. Naprawdę. Najważniejsze jest to, żeby w tych próbach się nie pogubić, nie wejść w rolę dziecka swoich rodziców i słuchać bezkrytycznie ich niechcianych rad i pouczeń. Dojrzały człowiek, człowiek mający za sobą już jakieś życiowe zakręty, sam potrafi podejmować decyzje, liczyć się z ich konsekwencjami, niekiedy odpuszczać, dać sobie czas na refleksję. Z kolei akceptacja bądź odrzucenie przez rodziców partnera czy partnerki nie powinny być wyznacznikiem naszej wartości jako człowieka. Stawianie granic rodzicom jest niezwykle istotne. Jeśli rodzic nie szanuje naszych wyborów, bojkotuje je, ciągle próbuje przejmować stery i dyktować nam swój punkt widzenia - należy zwyczajnie... pozwolić mu na to. Ale postępować tak, jak sami uważamy za słuszne.
Nie mam szczęścia do teściów. Takie są fakty. Owszem, nie jest to miłe uczucie, ale można z tym żyć. O wiele mniej czasu potrzebuję, by zorientować się w sytuacji i odpuścić. Bez wyrzutów sumienia po prostu odpuścić. Szkoda mi już energii i zdrowia na szarpaninę. Brak akceptacji lub sztuczki i manipulacje bolą, lecz tylko jakiś czas. Potem przychodzi opamiętanie. To, że ktoś nas nie akceptuje, nie mówi o nas, tylko o nim samym. To ten człowiek ma problem. Coś mu nie pozwala otworzyć się na drugą osobę i niekoniecznie to coś tkwi w nas. Poza tym niczego na siłę nie jesteśmy w stanie zrobić. Nie zmusimy nikogo do określonego zachowania, myśli lub uczuć. Co możemy zrobić? Nie pozwolić, by ktoś przekraczał nasze granice. Nie trzeba znosić jego braku szacunku do nas. Można ograniczyć kontakt i nie przymuszać się do spotkań kosztem swojego zdrowia i nerwów. Trzeba zadbać o swój komfort i dobrostan. Czasy rezygnacji z siebie, żeby zadowolić innych, już minęły. Na tym etapie życia niezależność (pod każdym względem) daje siłę i spokój.
Myślę, że w dojrzałym wieku najważniejszy jest właśnie spokój. Życie swoim życiem. Dbanie o zdrowie. Korzystanie z komfortu bycia sobą i ze sobą. Wydawałoby się, że to banały. Jednak po latach zawirowań i szamotaniny wiem, że wcale nie jest łatwo osiągnąć taki stan. Tym bardziej należy go doceniać i mimo nieuniknionych trudności, kierować się swoim wewnętrznym kompasem i podążać własnymi drogami. Z kimś u swego boku albo i nie, ponieważ w tym wieku człowiek nie myśli już, że bez tej drugiej osoby nie umiałby żyć. Umiałby. Wiem, że umiałby. I ta świadomość powoduje, iż związek z odzysku nie opiera się na niewłaściwych powodach i chorych zależnościach. Tylko na tym, że chcesz z kimś być, ale nie musisz. A to zasadnicza różnica.

Komentarze
Prześlij komentarz