Warszawa i jej oblicza

  


  Warszawa. Miasto zeżarte przez historię. Pełne śladów ludzkich tragedii. Potwór, który pochłonął tysiące ofiar. Feniks podźwignięty z popiołów. Mozaika kontrastujących ze sobą skrawków. Miasto dumne, wielkie i - dla mnie osobiście - smutne. Może gdybym skupiła się na współczesności i możliwościach, jakie przynosi stolica, moje spostrzeżenia byłyby odmienne. Jednak jak być tam i nie widzieć na każdym kroku tablic pamiątkowych, informujących o okrucieństwie? Jak nie zauważyć tablic wskazujących miejsce zamieszkania czy działalności ważnych postaci historycznych? Jak przechadzać się po ulicach i nie próbować pojąć fenomenu tego miasta, które powstało z ruin i choć jest zupełnie inne niż przed totalnym zniszczeniem, nie pozwala zapomnieć tego, przez co przeszło i czego było świadkiem? 

   Trafiłam na wyjątkowy czas. Akurat była rocznica wybuchu powstania. Do dziś czuję ciarki, gdy przypomnę sobie atmosferę, panującą na warszawskich ulicach. Żadna transmisja w telewizji nie jest w stanie oddać tych przeżyć. Owszem, zapewne część ze świętujących ludzi, obnosząca się z symbolami powstania, reprezentowała fanatyczny, chory, ksenofobiczny patriotyzm narodowy. Lecz spora, naprawdę imponująca rzesza warszawiaków i turystów, stała zatopiona w ogromnym skupieniu. Na ich twarzach wyraźnie malowało się wzruszenie. Ryk syren i klaksonów był ogłuszający i wywoływał podświadomy lęk. Myśląc o powstaniu, miałam na uwadze nie tylko samych powstańców, ale i ludność cywilną. Co czuła, gdy podobne wycie rozlegało się dookoła? Jaka była ostatnia myśl ofiar tuż przed egzekucją, gdy rozwścieczone wojsko niemieckie mściło się na bezbronnych mieszkańcach? Kiedy przyszedł zwierzęcy strach tych, którzy kryli się po piwnicach i starali się przetrwać? Pewnie nikt z nich nie przypuszczał, że hekatomba osiągnie aż takie rozmiary, że już nigdy nic nie będzie takie samo, jak przedtem. 

   W Muzeum Powstania Warszawskiego bije symboliczne serce ukryte w murze. Nie poddaje się upływowi czasu. Jest słyszalne mimo obecnego wokół gwaru zwiedzających, którzy chyba nie do końca rozumieją, w jakim miejscu się znajdują i co zgromadzone pamiątki, zdjęcia czy filmy oznaczają, jaki jest sens wystawiania ich na pokaz współczesnym pokoleniom. Każdy eksponat to przedmiot, którego posiadacz był uczestnikiem lub świadkiem tragicznych wydarzeń. Ze zdjęć spoglądają przeważnie młodzi, odważni, ofiarni ludzie. Większość z nich nie przeżyła powstania. Ci, którym udało się dożyć dzisiejszych czasów, pomału, stopniowo odchodzą. Będąc na wojskowym cmentarzu powązkowskim, widziałam świeże groby powstańców. Świadków pozostała już zaledwie garstka. 

   Na Powązkach morze krzyży brzozowych, kamiennych, nagrobków, tablic upamiętniających tych, którzy walczyli za ojczyznę nie tylko w czasie ostatniej wojny. Niezwykle poruszające są lapidarne informacje o ich działalności, młodym wieku, miejscu śmierci. Życiorysy zamknięte w kilku zdaniach. Na szarym końcu cmentarza słynna "Łączka", nadal jeszcze nie do końca odkrywająca dramatyczne losy ofiar terroru komunistycznego. Na krzyżach widnieją fotografie poszukiwanych żołnierzy lub tych, którzy właśnie w tych zbiorowych mogiłach zostali znalezieni i zidentyfikowani dzięki nowoczesnej technologii. Ówczesnym katom wydawało się, że ich zbrodnie nigdy nie ujrzą światła dziennego. Któżby grzebał pod wysypiskiem śmieci?

   Warszawa jawi mi się jako miasto smutku również z innego powodu. Przez ostatnie lata jest ona świadkiem powracającego jak bumerang fatum ciążącego nad polskim narodem. Narodem skłóconym, przepraszam za określenie - niezbyt rozgarniętym, przekupnym, nieszczęsnym, niepotrafiącym żyć w wolnym kraju. Ponownie, jak to już wcześniej wielokrotnie bywało, stajemy się pariasami, pośmiewiskiem na arenie międzynarodowej. Mało które wysoko rozwinięte państwo jest w stanie zrozumieć to, o co tak naprawdę tym Polakom chodzi? Czego oni właściwie chcą i do czego dążą? Sama nad tym się zastanawiam i doprawdy, nie umiem odpowiedzieć na te pytania. Profesor Monika Płatek słusznie ostatnio stwierdziła w jednym z wywiadów, że sami sobie TO robimy. Dokonujemy takich, a nie innych wyborów lub też migamy się przed wzięciem odpowiedzialności obywatelskiej i na wybory nie chodzimy. Potem narzekamy, płaczemy nad rozlanym mlekiem, patrzymy na siebie nawzajem spod byka i mamy nieuzasadnione pretensje. Sami sobie to robimy. Sprawiliśmy jako naród, że rząd tym razem jest wyjątkowo bezczelny i bezkarny. Obawiam się, że to się zbyt szybko nie zmieni, że nawet następne wybory będzie można anulować, przeprowadzić reasumpcję i tak długo nimi kręcić, aż partia rządząca osiągnie swój cel. Już wszystko jest możliwe. 

   Gdy przechadzałam się z moim synem i jego nastoletnią koleżanką po Powązkach, pokazałam im grób Bieruta. Mimo systematycznego czyszczenia tego monumentalnego nagrobka, nadal można dostrzec na nim napisy: "Kat" czy "Morderca". Młodzi zapytali mnie, dlaczego ten człowiek nadal tu spoczywa pośród tylu bohaterów? Dlaczego na Powązkach nadal znajdują się groby "towarzyszy" i "towarzyszek"? Bo tak to już jest z tym stawianiem pomników bohaterom - odparłam - że kiedy wreszcie historia ich osądzi, te pomniki może i zostaną, tylko spójrzcie, jak puste i szare są niektóre z nich, jak ciężko zmyć napisy na grobie Bieruta. Historię piszą zwycięzcy, ale nawet oni w końcu kiedyś odejdą i wówczas czas pokazuje, że pewnych win nie uda się ukryć nawet pod śmietniskiem. 

   Jak historia osądzi nas? Jaki rachunek nam wystawi? Ilu z nas będzie się kiedyś wstydzić za swoje pomyłki? Jaką przyszłość stworzymy dla młodych? Czego ich nauczymy? Boję się chorego patriotyzmu. Takiego, który dzieli, który tworzy alternatywną rzeczywistość, zakłamuje ją, który narzuca jedyny słuszny punkt widzenia, w którym nie ma miejsca na wolność. To, że zakładamy koszulkę z orłem, obnosimy się z symbolami państwowymi, wykrzykujemy: "Bóg, honor, ojczyzna!", nie oznacza, że jesteśmy patriotami. To, że wynosimy na ołtarze nowych bohaterów, składamy im hołd, odpalamy race na ich cześć, nie oznacza, że jesteśmy patriotami. Że celebrujemy porażki, zapominamy o sukcesach, nawet tych osiągniętych przez naszych oponentów politycznych, że wbijamy nóż w plecy sobie nawzajem dla różnorakich korzyści, zabraniamy żyć innym tak, jak chcą, bo nie wpisują się w nasze wyobrażenie jakby to życie miało wyglądać - to wszystko nie oznacza, że jesteśmy patriotami, chroniącymi odwieczne wartości panujące na tej ziemi. 

   Warszawa jest jak nasz naród. Smutna i z lubością nurzająca się w tym smutku. Potrafi być wściekła i stawiać opór. Jest nieobliczalna i pełna paradoksów. Dumna i silna, ale i czasami bezradna. Piękna i brzydka zarazem. Nowoczesna, czysta, ale i przegnita. Wspaniała i straszna. Przede wszystkim jednak smutna... 

   


Komentarze

Popularne posty