Iść do przodu
Przez ostatni miesiąc tyle się wydarzyło, że doprawdy nie wiem, o czym by tu napisać. Przez moją głowę przetacza się milion myśli. Strumień i to dość wartki. A u jego ujścia rozlewa się okropne zmęczenie. Nie takie przyjemne jak po owocnej pracy, z której jest się dumnym, lecz prozaiczne styranie. Zakończyłam kolejny etap swojego życia. Zmieniam pracę, rzucając się na głęboką wodę. Może to i nieracjonalne, ale nie boję się za bardzo. Tylko tak troszkę. Czuję przy tym przyjemny dreszczyk emocji, związanych z pojawieniem się czegoś innego, nowego. Nowe środowisko, nowi ludzie, nowe przeżycia. Zostawiam za sobą wspaniałą mimo wszystko przygodę ostatniego roku, która stanowiła źródło wielu refleksji i wniosków. Teraz otwieram furtkę, która nie wiem, dokąd mnie zaprowadzi.
W ubiegłym tygodniu odbyłam podróż do dwóch miast, z którymi związana jest znacząca część mojego życia. Trochę zaskoczył mnie fakt, że wędrując po rodzinnej miejscowości, nie odczułam żalu czy sentymentu. Ulice, które przemierzałam, budynki, które mijałam, nawet widok okien mieszkania, w którym spędziłam prawie dziewiętnaście lat - nie wywarły na mnie żadnych silniejszych emocji. Zdecydowanie bardziej szarpnęły mną spotkania z ludźmi - z członkami rodziny, przyjaciółmi i znajomymi. Tego brakuje mi tutaj. Tej świadomości, że w każdej chwili, gdy nadam wiadomość do grupki osób z propozycją spotkania, zawsze znajdzie się ktoś, kto ma czas i ochotę na wspólną kawę czy piwo. No i na długie rozmowy o sprawach ważnych i nieważnych.
Skondensowane spotkania ujawniły, że tak naprawdę ten rok to był ułamek sekundy. Że są ludzie, z którymi nawet po długich miesiącach czy latach rozłąki, jest o czym dyskutować, jest pełne porozumienie, zażyłość i poczucie, że czas i odległość to pojęcia względne. Znowu było gorąco, duszno, butelki od piwa pokrywała rosa, ten sam gwar za dnia i spokój w nocy, szum uliczny, tykanie zegara... Czas zatoczył koło. Byłam tam. Wszystko znajome, ale też i po trochu obce. Gdy wracałam tutaj, czułam, że wracam do domu. Członkowie rodziny chyba jednak się za mną stęsknili ;) Z pewnością stęskniła się psica, wijąca się jak ryba wyjęta z wody wokół mnie i majtająca ogonem tak, że wydawało się, iż to dosłownie ogon merda psem, a nie na odwrót. W końcu byłam na miejscu.
To jednak dziwne uczucie - wykorzenić się. Będąc wykorzenionym, nieśmiało stawać się sadzonką, z której nie wiadomo, co wyrośnie i czy aby na pewno się przyjmie. Pomału zadzierzgają się nowe znajomości, być może i przyjaźnie. Gdy wchodzę do sklepu, w którym zawsze witają mnie wesoło ekspedientki, gdy zachodzę do apteki, do której mogę wejść z psem, gdy przechadzam się i mijam wulkanizatora, który za każdym razem macha do mnie, gdy obcy ludzie (chyba mnie kojarzą) witają się ze mną - niby czuję się częścią tej społeczności. Nie jestem już anonimowa. Jestem puzzlem w układance.
Mam tylko nadzieję, że nie będę nigdy żałować tej swojej zachłanności na życie, na kolejne doświadczenia, tej krnąbrności i pewności siebie, gdy sięgam wyżej. Chciałabym, żeby ta cała odwaga utwierdziła mnie w przekonaniu o tym, że warto wyjść ze swojej strefy komfortu. Chciałabym również, żeby z powodu mojego ryzykanctwa w ostatecznym rozrachunku nikt nie poczuł się pokrzywdzony. Pamiętam, jak zawsze lekko popychałam mojego syna do spróbowania sił w czymś, co przeczuwał, że może osiągnąć, lecz po prostu się bał. Pamiętam, jak poirytowany uczył się jeździć na rowerze i pytał mnie: "Kiedy przestaniemy ćwiczyć?", a ja mu odpowiedziałam: "Wtedy, kiedy sam ruszysz, będziesz swobodnie jeździł i będziesz umiał się zatrzymać oraz zsiąść z roweru". Nie minęła godzina i większość z tych warunków została przez niego spełniona. To było ponad dziesięć lat temu. Niedawno ojciec uczył go jeździć samochodem. Uparcie trenowali, aż Młody potrafił panować nad pojazdem podczas manewrówki. Wielokrotnie powtarzamy Mu, żeby czegoś spróbował, żeby się nie poddawał. A co Mu szkodzi? A co się takiego stanie, jeśli nawet coś się nie uda? No co?
Często pokłułam się o róże na swojej drodze. Poleciało trochę krewki i pobolało, ale potem - cóż było czynić - trzeba było iść do przodu. W życiu tak to już jest - cofnąć się nie da. Powiedziałam A, zatem nie pozostaje nic innego, jak powiedzieć B. A że zapewne przy tym znowu się trochę pokłuję... Będę ćwiczyć, dopóki swobodnie nie będę się poruszać, umieć się zatrzymać i w razie czego wysiąść.



Komentarze
Prześlij komentarz