Co oznacza "manie" wyje**ne?

   


 Zabierałam się do pisania jak pies do jeża. Po pierwsze byłam, i zresztą nadal jestem, w trakcie dopinania spraw zawodowych na najbliższy rok. W swoich poszukiwaniach jestem nad wyraz aktywna, dociekliwa, a niekiedy wręcz upierdliwa. Wychodzę bowiem z założenia, że praca nie będzie za mną latać i prosić, bym ją łaskawie zechciała wziąć, tylko wręcz odwrotnie - pracę, tę, na której naprawdę mi zależy, muszę sobie wychodzić, wydeptać, a nawet wydreptać. Po drugie mam tyle do opowiedzenia, że trudno mi podjąć decyzję, o czym właściwie najsampierw chciałabym napisać. Myślę, że zaczyna się wreszcie ten okres mojego życia w górach, o którym zawsze marzyłam. Okrywam ciekawe możliwości związane z mieszkaniem w miejscu, które niegdyś było mekką artystów, ludzi kultury i wszelkiej maści skandalistów. Oczywiście wiem, że muszę się douczyć, doczytać, dowiedzieć więcej i mam taką wewnętrzną potrzebę. Przebywając w tak bardzo intymnych przestrzeniach ludzi, którzy wiedli tu swoje niezwykłe i całkiem zwykłe życie codzienne, chcę wiedzieć o nich jak najwięcej. Mam ciarki, gdy wchodzę do ich domów, mieszkań, dotykam przedmiotów do nich należących... Ale ja nie o tym chciałam... Znowu zaczynam meandrować.

   Nie byłabym sobą , gdybym nie wspomniała o jakiejś książce. Aktualnie czytam nieco dziwną niemiecką powieść, w języku niemieckim rzecz jasna. Ale przed nią zagłębiłam się w świetnej pozycji autorstwa Katarzyny Czyż pod tytułem: "Miej wyje**ne, będzie ci dane. O trudnej sztuce odpuszczania". Polecam zwłaszcza drugi rozdział, w którym autorka w przystępny sposób skłania do pogrzebania w sobie, poszukiwań, refleksji. Proponuje różne sposoby pracy nad sobą lub pracy z innymi, którzy czują się zagubieni, których coś uwiera, lecz nie wiedzą co konkretnie lub jeśli zdają sobie z tego sprawę, boją się podjąć jakieś kroki w celu dokonania zmian w swojej egzystencji. Tytuł może być dla niektórych mylący. Chyba wszyscy znają to powiedzenie o "maniu" wyje**ne i idącą za tym manną z nieba. Lecz tu nie chodzi o to, by nauczyć się mieć w dupie wszystko i wszystkich.

   O co chodzi zatem? Nadmienię, iż to moje rozumienie tej książki. Myślę więc, że najważniejszą rzeczą, jest uświadomienie sobie przede wszystkim kilku spraw. Jedna z nich zawarta jest w modlitwie: "Boże, daj mi odwagę, bym zmieniał rzeczy, które zmienić mogę, spokój, bym godził się z rzeczami, których nie mogę zmienić oraz mądrość, bym potrafił je rozróżnić". Są to słowa św. Franciszka z Asyżu. Ile jest mądrości w tych prostych słowach. Z tego, co pamiętam, na sesjach AA uczestnicy również je przywołują. Nie bez przyczyny wspominam o osobach uzależnionych. Bo zastanówmy się, co najczęściej popycha ludzi do alkoholu i innych używek, do czynników, które sprawiają, że człowiek zwyczajnie ucieka od problemów w nałogi? Nie zawsze, ale bardzo często ludzie szukają sposobu na rozładowanie emocji, odprężenie po ciężkim dniu, dezercję od kłopotów, od świadomości, że są w czarnej dupie i nie wiedzą, jak z niej wyjść, ucieczkę od refleksji nad sobą, nad tym, co czują i dlaczego to czują, od świadomości, że nie tak sobie wyobrażali swoje pięć minut na ziemskim padole. Wówczas najprościej sięgnąć po alkohol, dragi, hazard, iść na zakupki, przehulać wypłatę, by na chwilę zapomnieć. Jest to błędne koło, w które błyskawicznie się wpada. Problemy same się nie rozwiązują. Mało tego, nikt za nas ich nie rozwiąże. Są rzeczy, które choćbyśmy się skichali, z dużym prawdopodobieństwem lub nigdy się nie zmienią. Po co się na nich skupiać i frustrować? Są jednak i takie, które możemy zmienić lub zmienić swoje myślenie o danym problemie czy sytuacji. I tu właśnie kłania się najtrudniejsza część tej modlitwy - umiejętność rozróżniania jednych od drugich. 

   Druga kwestia dotyczy rozpoznania tego, co chcielibyśmy zmienić i dlaczego. Tu trzeba zadać sobie wiele nurtujących pytań m.in.: Co mi nie odpowiada? Dlaczego? Co zyskam dzięki ewentualnej zmianie? Co stracę? Jak sobie właściwie wyobrażam tę zmianę i swoje życie, gdy ona się pojawi? Czy jestem gotów podjąć ryzyko z nią związane i czy jestem w stanie pogodzić się z tym, co się stanie, gdy coś potoczy się niezgodnie z moimi wyobrażeniami? Jak dokonać rewolucji małej czy dużej? Już na tym etapie warto się dobrze zastanowić nad konsekwencjami, postarać się przewidzieć różne warianty sytuacyjne. Lepiej najpierw pomyśleć, a potem działać. Nie odwrotnie. Jestem spontaniczna, ale nie w sprawach istotnych, nie w takich, których negatywne skutki mogą wpłynąć na moją rodzinę. Gdy jest się wolnym strzelcem, można sporo zaryzykować. Jednak uważam, że będąc odpowiedzialnym za innych, należy szczególnie rozważnie podchodzić do zmian, realnie ocenić swoje możliwości. Ponadto, przynajmniej dla mnie, niezwykle ważne są koszty - zdrowotne, finansowe, różne - które pociągają za sobą konkretne działania. Nie mam najmniejszej ochoty podupaść na zdrowiu, ponieważ ta wartość zajmuje wysoką pozycję w mojej piramidzie. Chcę być spokojna o jutro, spać bez zakłóceń, absolutnie nie chcę porywać się z motyką na słońce. Ale myślę, że trzeba też być odważnym i gdy tylko możliwości i zasoby na to pozwalają, spróbować czegoś nowego.

   I teraz parę słów o trzecim ogniwie. O odwadze. W tym momencie zaczynają się schody. Gdy już człowiek wie, jaki kolec go żga, gdy już wie, co może zrobić, by się go pozbyć, nadchodzi moment podjęcia decyzji i wykonania pierwszego kroku. Zdobycie się na odwagę wcale nie jest takie łatwe. Moim zdaniem osoby, które jednak ostatecznie rezygnują z potencjalnych zmian, nie są miękiszonami. Najwidoczniej w danym momencie nie są jeszcze gotowi, a może po prostu dochodzą do wniosku, że aż tak bardzo nie doskwiera im ten kolec w tyłku. Być może, dzięki zmianie myślenia o swojej sytuacji, stwierdzają, że mimo wszystko więcej przemawia za pozostaniem w obecnym stanie niż za jakąś rewoltą. Sama nieraz właśnie tak postanowiłam. Że niczego nie zmieniam. Ale. Przekierowałam swoje myślenie i świadomie podjęłam tę decyzję. Nie ktoś, ani nie coś zmusiło mnie do tego, by tkwić w tym punkcie. To ja tak zdecydowałam. Jeśli coś wynika z naszej decyzji, łatwiej zaakceptować dany stan rzeczy. 

   "Manie" wyje**ne jak widać nie polega na tumiwisizmie. Wyje**ne można mieć na te kwestie, na które absolutnie nie mamy wpływu. Przestać się przejmować bzdurami, odpuścić sobie szarpaninę, olać to, co pomyślą inni, jak nas oceniają. Po prostu trzeba nauczyć się żyć swoim życiem i po swojemu. Podumać od czasu do czasu, co czujemy, jak chcemy się czuć, jak sprawić, by czuć się tak, jak by się chciało. Rozejrzeć się wokół. Nie generalizować i raczej myśleć pozytywnie o ludziach. Owszem, są gdzieś tam kanalie, ale jest też wiele niedoskonałych, lecz jednocześnie wspaniałych jednostek, które potrafią wydobyć z nas ogromne pokłady wyrozumiałości i dobra. Nie jestem idealistką. Doskonale zdaję sobie sprawę z ludzkich ułomności. Jednak starannie dobieram sobie przyjaciół i bliskich, z którymi chcę spędzać czas. Nikogo z góry nie skreślam, lecz nie kieruję się też pierwszym wrażeniem. Długo obserwuję. Tych, którzy działają mi na nerwy, omijam. Nawet z kręgu rodzinnego. Skupiam się na wartościowych relacjach. To daje mi poczucie psychicznego i emocjonalnego komfortu, buduje mnie, uspokaja. Poza tym nie chcę i nie przebywam w miejscach, które mnie irytują, mącą w głowie, w których czuję się źle. Mam wyje**ne na konwenanse, na to, że coś wypada, a coś nie, że mogę narazić się na śmieszność, że nie zostanę zaakceptowana. Nie odpowiadam na bezczelne, nietaktowne pytania. Nie interesują mnie cudze fochy. Ja po prostu żyję swoim życiem. Tylko i aż. 

   Sięgnijcie po wspomnianą książkę i sami odszukajcie w niej siebie.


Komentarze

Popularne posty