Chcę pić szampana

  


 Ryzyko... Jak często je podejmujemy? Jakie osiąga ono rozmiary? Rok temu moja rodzina i ja postawiliśmy wszystko na jedną kartę i przeprowadziliśmy się na drugi koniec kraju. Nie ryzykowaliśmy tylko braku dachu nad głową, bo takowy na nas czekał, aczkolwiek wymagał solidnego remontu, który niemal doprowadził nas do załamania nerwowego. W chwili, w której zapadła klamka, nie mieliśmy zaklepanej pracy, Młodego czekały egzaminy do szkoły artystycznej. Przed całą naszą trójką, wraz z psem, była skomplikowana logistyka przeprowadzkowa. Pozwolę sobie dodać, że pies pasuje do nas jak ulał - lubi spać, nie cierpi porannych pobudek, kocha pyszne żarcie, podróże i... przeżył więcej przeprowadzek niż my, bo jeśli dobrze naliczyłam, było ich pięć. To pies "z odzysku", więc rozumiecie... Zatem razem przeflancowaliśmy się tu, w góry. 

   Często słyszę pytanie od tutejszych mieszkańców i od moich przyjaciół, których pozostawiłam "tam", czy żałuję swojej decyzji. Powiem tak - zaczynam nie żałować. Tego ogromu wysiłku włożonego w całe przedsięwzięcie. Tego potwornego zmęczenia, związanego z pracą połączoną z ogarnianiem remontu, sprzątania po tymże sajgonie, poczucia osamotnienia (tęskniłam i tęsknię za Wami, moi Przyjaciele), trudów dnia codziennego w czasie długiej i irytującej zimy, braku czasu na regenerację i spokojną refleksję... Oswajam się. Porządkuję przestrzeń, która mnie otacza. Poznaję nowych ludzi. Urządziłam swój kąt w pracy. Mam swoje ulubione miejsca. Zaczynam mieć czas. A gdy mam czas, przyglądam się baczniej swojemu życiu, które wiodę. Dokonuję rozliczeń i robię bilans zysków oraz strat, zauważam wady i zalety. I jak zwykle w takich momentach coś zaczyna mnie gryźć w dupę. Dokonana rewolucja zeszłoroczna rozbestwiła mnie, jeśli chodzi o podejmowanie ryzyka. Zwłaszcza, gdy pojawia się to gryzienie w dupę, to poczucie, że coś uwiera, coś drażni lub wprost mówiąc - wkurwia. 

   Dlaczego wyskoczyłam z tym ryzykiem jak Filip z konopi? Ponieważ znowu czuję, że stoję na rozdrożu i muszę podjąć trudną decyzję. Zawodową. Oczywiście pandemia zweryfikowała znacząco moje plany, które były ściśle związane z pracą w biurze turystycznym. Jak wiadomo - turystyka dogorywa i nie wiadomo, kiedy podniesie się z gleby, do której przycisnęły ją chyba jednak nie do końca przemyślane obostrzenia. Cieszyłam się, że znalazłam pracę stabilną, bezpieczną. Takie ciepełko. I to za przyzwoite pieniądze. Ale... Kilka lat temu byłam w tym samym punkcie. Zdecydowałam się na zmianę stanowiska, co pociągnęło za sobą przewidziane przeze mnie konsekwencje, na które byłam gotowa - mniejsza pensja, która stanowiła cenę, którą musiałam zapłacić za spokojniejszą, mniej odpowiedzialną i zdecydowanie mniej stresującą robotę. Mój raj trwał dwa lata. Ryzyko wiązało się z jego utratą. I utratą pracy w ogóle. Jednak zdecydowałam wówczas, że nawet, jeśliby mój błogi spokój potrwał krótko, to warto go zasmakować. Uważam, że była to słuszna decyzja i nie było sensu wybiegać do przodu, martwiąc się o przyszłość, na którą i tak mamy niewielki wpływ. Ostatecznie sama odeszłam z tej pracy w związku z wyprowadzką.

   Teraz puchnie we mnie potrzeba kolejnej zmiany. Wiem, że szkoda czasu na trwanie przy czymś, co drażni, irytuje, co nie daje możliwości rozwoju. Na dreptanie w miejscu, chory system, który jest skostniały i raczej nic nie wskazuje na to, że kiedykolwiek to się naprawdę zmieni. Zdaję sobie sprawę  z tego, że nie ma idealnej pracy, nie ma idealnych szefów. Myślę jednak, że warto szukać miejsca, w którym jest możliwie najmniej absurdalnych działań, toksycznych relacji, bezsensownej papierologii, idiotycznych i niewnoszących nic nowego szkoleń, marnotrawienia czasu, zamiast skoncentrowania się na wykonaniu zadań. Absurdy działają na mnie jak płachta na byka. Strata czasu na bzdury to kolejny bodziec, doprowadzający mnie do szału. Jest tyle pasjonujących rzeczy, którymi można by się zająć, zamiast dzielenia włosa na czworo, wymyślania sterty niepotrzebnych dokumentów czy oddawania się pseudointegracji zespołowej. Praca nie jest jedynym sensem mego życia. System, w którym funkcjonuję już tak długo, mierzi mnie strasznie, a gdy dochodzi do tego ośli upór przełożonych, by być najlepszym z najlepszych, czuję, że zbiera mi się na mdłości. Już to przerabiałam. Teraz potrafię szybko zdiagnozować powód swojego zniechęcenia, wycofania i niekiedy chamskiego tumiwisizmu. Po prostu to nie jest miejsce dla mnie. 

   Przede mną nowe szanse. Nowe rozdanie. Jeszcze się waham, czy usiąść do tego pokera. Intuicja podpowiada mi, że warto. Mój organizm jest za. Gdy wyobrażam sobie siebie w nowym miejscu, odczuwam przyjemny dreszczyk emocji. Gdy zaś pomyślę, że zostaję tu, gdzie jestem, dopada mnie chęć okopania się i izolacji. To moja stara metoda na radzenie sobie z niewygodną sytuacją - jak najmniej kontaktów, jak najmniej emocji, wykonanie zadań i oddech ulgi po wyjściu. Gdy nie jestem do końca zdecydowana, daję czas czasowi. Niech się dzieje. Niech splot różnych okoliczności podsunie rozwiązanie. Popłynę z nurtem i zobaczę, co będzie. 

   Ostatnio wreszcie odnalazłam siły, by zacząć dekorować nowe mieszkanie. Fotografie z podróży, które zawisły na ścianach, cieszą moje oko. Są jak łyk ożywczego napoju, zawierającego substancje psychoaktywne. Znalazłam także ramkę, w którą włożyłam ulubioną maksymę napisaną po niemiecku: "Veränderungen sind am Anfang hart, in der Mitte chaotisch und am Ende wunderbar"*. Zaczęłam zastanawiać się, na którym etapie zmian jestem. Początek mam chyba za sobą, lecz to nie koniec. Pozostaje środek wypełniony lekkim chaosem i poszukiwaniami. Szukam zatem i czekam na rozwój wydarzeń. Inicjuję pewne działania, gdyż jak wiadomo - żeby był skutek, musi być przyczyna. Jeśli ma być reakcja, musi najpierw zaistnieć jakaś akcja. Ryzykuję po raz nie wiem już który. Ale kto nie ryzykuje, podobno nie pije szampana. A ja chcę w życiu, które mi zostało, pić szampana bez ograniczeń. 

*Zmiany są na początku ciężkie, w środku chaotyczne i na końcu wspaniałe.


Komentarze

  1. Wyjście ze strefy komfortu daje nam nowe spojrzenie na Świat.... I to prawda najtrudniej podjąć tą pierwszą decyzję ... kolejne przychodzą nam łatwiej szczególnie jeśli jesteśmy otwarci na doświadczanie, na poznawanie, na nowe wyzwania. Zmiany są potrzebne. Trzymam kciuki ✊✊✊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Julita :) Dobrze wiesz, jak to jest, prawda?

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty