Otwarta kompozycja życia


    Gdybym rzekła, że jest lekko, skłamałabym. Ziściły się moje złowróżbne słowa odnośnie wszelkiej maści fachowców. Pieprzona pandemia zbiera srogie żniwa. Nawet Jaśnie Szanowni Panowie Remonciarze dostają obecnie po swych do niedawna rozbestwionych dupach. Liczba bezrobotnych rośnie i rosnąć będzie. Zniknęło gdzieś przyjemne uczucie, że mnie to nie dotyczy. Mieszkam sobie w pięknym miejscu, w pięknym i wygodnym mieszkaniu, jeszcze mam pracę, w tle pogrywa sobie muzyczka w radio, ale czuję na plecach oddech niepewności i uciekającego poczucia bezpieczeństwa. Ostatni rok dał mnie i mojej rodzinie w kość. Teraz odchorowujemy te trudne miesiące. Każdy z osobna na swój sposób. Stan zdrowia zagonił mnie wreszcie do lekarza, który uznał, iż jestem godna spotkania z nim w cztery oczy. Tak, udało mi się poznać w końcu lekarza pierwszego kontaktu, z którym dotąd nie miałam tegoż kontaktu, nie licząc jednej teleporady. W wyniku tejże audiencji wylądowałam na zwolnieniu, co wcale a wcale mnie nie zmartwiło. Może mina mi trochę zrzedła, gdy otrzymałam wynagrodzenie i kiedy odbyłam kilka prywatnych wizyt u ortopedy i fizjoterapeuty, co pociągnęło za sobą kolejne koszty. Państwowa służba zdrowia, która żywi się moimi składkami, jest jak kiełbasa dla psa - czyli nie dla mnie. 

   Podczas dbania o siebie, czego kategorycznie zażądał lekarz, przeczytałam kolejną książkę. Długo na nią czekałam. Jeden z moich ulubionych pisarzy - Szczepan Twardoch - każe na siebie czekać, lecz cierpliwość popłaca. "Pokora" to bardzo dobra powieść, której tytuł może być mylący, choć z drugiej strony metaforyczny sens tego słowa doskonale pasuje do głównego bohatera, noszącego właśnie tak brzmiące nazwisko - Pokora. Oczywiście w tle przełomowe historyczne wydarzenia, Śląsk i Ślązacy wraz z całym mirażem rozmaitych problemów, rozdarcia wewnętrznego, specyficzną mentalnością, podziałami i nigdy do końca ustalonym statusem narodowym, wynikającym z dość nieszczęśliwego położenia geograficznego. Najważniejszy jest jednak Alois Pokora, który snuje historię swojego życia oraz życia swoich ziomków ze Śląska. Pierwszoosobowa narracja prowadzi nas w świat rozterek, blizn powstałych przez liczne traumatyczne przeżycia, poczucie odrzucenia zarówno przez rodzinę, jak i wyższe warstwy społeczne, do których bohater aspiruje. Poprzez splot różnych wydarzeń trajektoria jego życia wielokrotnie gwałtownie zmienia swój kierunek. Niestety Alois cały czas pozostaje samotny, bezdomny, niezrozumiany, nigdzie u siebie i nigdy na swoim miejscu. 

   Alois jest doskonałym przykładem człowieka ulepionego z niedopasowanych kawałków. Jak niezdarnie posklejane naczynie ze skorup, pochodzących z różnych rozbitych naczyń. Prostackiej misy dla chłopów wyjadających drewnianymi łychami niewyszukaną strawę. Dziecięcego kubka szkolnego, przypominającego koszmar bycia kozłem ofiarnym bez szans na jakąkolwiek pomoc. Wielkopańskiej filiżanki na kawę, której uszko trzymane z gracją przez wyniosłego pana, jest zbyt ciasne dla grubego palucha prostego człowieka, kawa zaś ma posmak goryczy z powodu niewinnych uwag w towarzystwie o tym, że pochodzenie absolutnie nie ma żadnego znaczenia. Jak się okazuje na każdym kroku - ma. Kolejna skorupa to doświadczenia wojenne i powojenne. Jeszcze inna - zwyczajność u boku kobiety, zwyczajność obmierzła i jakże niedoceniona. Pomiędzy skorupami ukrywają się maleńkie drobinki myśli, wspomnień, rozczarowań, żalu. Pokora w całej okazałości. Pokora, która wypełnia to pokraczne naczynie aż po brzeg. 

   Ile razy słyszymy w życiu o pokorze. Że trzeba być pokornym. Nauczyć się pokory. Czymże jest ta cała pokora? Nieustającym trwaniem w służalczym pokłonie? Obawą przed zbytnim triumfowaniem w chwilach sukcesu, bo a nuż za rogiem czyha porażka? Przepraszaniem za te nie za częste przecież chwile euforii? Poczuciem winy za lata hossy? Wdzięcznością za każdy uśmiech losu? Skąd to się w ogóle wzięło - to całe korzenie się przed światem, Bogiem, losem czy czymś tam jeszcze... 

   Co mają począć ludzie, którzy w pewnym momencie mają dość bycia nieustannie pokornym? Nie lepiej być po prostu spokojnym i ze spokojem przyjmować to, co staje nam na drodze... Nie myślę tu o godzeniu się na dany stan rzeczy. Nie chodzi tu o siedzenie i biadolenie. Można być spokojnym i jednocześnie obmyślać strategie działania, aby wreszcie przejść do czynów. Nie dopasowywać się na siłę do grupy, która nas nie akceptuje. Zawsze warto być po prostu sobą. Udawanie prędzej czy później zostanie zdemaskowane. Czasami należy zaakceptować fakt, że głową się muru nie przebije, że pewnych marzeń nigdy się nie zrealizuje lub szanse na ich spełnienie są nikłe. Niekiedy wyżej dupy się nie podskoczy i już. Najważniejsza jest umiejętność doceniania drobnych powodów do radości i skupienie się na tym, co jest tu i teraz. Wiem, nie jest to łatwe. Sama nieraz zapominam o chwili obecnej i niepotrzebnie babrzę się w przeszłości lub wybiegam zanadto do przodu. Jednak trening czyni mistrza. 

   Kiedy ostatnio było Wam dobrze? Tak zwyczajnie dobrze, że pomyśleliście: "Chwilo, trwaj wiecznie!"? Bo mnie było cudownie dzisiaj, gdy w szlafroku siedziałam na tarasie, w pełnym słońcu piłam sobie kawę i miałam za nic to, że ktoś uzna mnie za stukniętą. Zima, zimno, a ta durna siedzi na leżaku i się wygrzewa. A mnie było ciepło, ponieważ ściany chroniły przed wiatrem, słońce grzało jak szalone, a szlafrok mam pluszowy. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. I gdy tak sobie chwytałam promienie, które prawdopodobnie przyspieszyły proces starzenia się mojej twarzy, myślałam tylko o tym, jak mi dobrze. W oddali rysowały się wyraźną kreską góry, moja psica obok leżała i również za nic miała tę panikę związaną ze starzeniem się. Doszłam do wniosku, że mimo tak wielu perturbacji, to zwariowane życie i tak jakoś się za każdym razem układa. W pewnym stopniu trudności uczą pokory, lecz ja jestem zdania, że można się pomazgaić, owszem, ale przychodzi czas, kiedy trzeba skonfrontować się z problemami i stawić im czoła. Nikt za nas tego nie zrobi. 

   Moje zwolnienie lekarskie dobiegło końca. Książka Twardocha dobiegła końca, choć autor pozostawił jej kompozycję otwartą. Tak jak każdy dzień się kończy, nadchodzi wieczór, a potem noc. Po niej, jakby nie było, przychodzi nowy dzień i nowe możliwości. Kompozycja otwarta.

Komentarze

  1. Wiele ciekawych słów, konkluzji, przemyśleń... Ale najbardziej trafia do mnie.. "czasami wyżej dupy się nie podskoczy".

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty