Ile przodków w nas?

   


 I znowu jestem po lekturze kolejnej książki. Tym razem sięgnęłam po powieść Joanny Bator pt. "Gorzko, gorzko". Rzeczywiście było gorzko. Nawet bardzo. W rozsypanych puzzlach można odnaleźć cząstkę siebie. Pełną goryczy i rozczarowań. 

   Jest to poszatkowana historia kilku kobiet, które łączą więzy krwi i która to historia zatacza zaskakujące koło. Zaczyna się i kończy w tym samym miejscu - Langwaltersdorfie, czyli współczesnym Sokołowsku, leżącym nieopodal Waldenburga, obecnie Wałbrzycha. Oprócz genów łączy je coś jeszcze - to, że są kobietami. No i co w tym ciekawego, rzekłby ktoś. A ja Wam powiem, że to niezwykle znaczące - być kobietą. Zwłaszcza w czasach, kiedy niewiele ma ona do powiedzenia, a o jej życiu decyduje mężczyzna. Ojciec, kochanek czy "przyszywany" mąż. Osobliwe jest w tej historii jednak to, iż mężczyźni szybko znikają, ulatniają się, stanowią przeszłość niegodną wspominania lub przynoszącą wspomnienia, z którymi mimo wszystko wiąże się uczucie goryczy, ból i żal. Dopiero Kalina, narratorka występująca zarazem w pierwszej i trzeciej osobie, przełamuje ten rodzinny schemat, choć swą opowieść kończy w dość młodym wieku, więc szczęśliwego finału nie można być pewnym. 

   Berta, Barbara, Violetta... To osobliwe, jak brak miłości może być zaraźliwy, jak dalece okaleczać i uczyć zadawania ran kolejnemu pokoleniu. Niekochana prababka, niekochana babka i matka. Żadna nie potrafiła lub nie mogła nauczyć miłości pojawiającego się przypadkiem dziecka. Kalina, rozwiązując kolejne supły zagmatwanych losów swoich przodkiń, zrozumie ten mechanizm. Jej matka nie umiała być lepszą matką. Tak jak jej babka. Obie, w wyniku wielu rozczarowań, niemocy, kobiecej walki o lepsze jutro, walki o siebie, były samotne i zdane najpierw na łaskę i niełaskę mężczyzn, a gdy ich zabrakło, tylko na siebie i swoje niewielkie możliwości. Wszystkie wręcz żebrały o uwagę i odrobinę ciepłego uczucia.

   To Berta zapoczątkowała łańcuch nieszczęść. Wychowywana bez matki przez prostego i apodyktycznego ojca, dusiła się w domu położonym między drogą a torami kolejowymi, które prowadziły w nieznane. W wielki świat, którego była ona ciekawa i którego pragnęła tysiąckroć bardziej niż życia pełznącego niczym żółw i kręcącego się wokół mało estetycznej pracy. Berta, słynąca ze wspaniałych wyrobów mięsnych, czystości i zgrabnej dupy, której niezmiennie ojciec kazał jej pilnować, uległa romantycznym wyobrażeniom miłości. Oczywiście zlekceważyła ojcowski nakaz i za kilka komplementów i parę niewyszukanych tekstów, omamiona wspaniałą wizją przyszłości, uległa namiętności. Łatwo się domyślić rezultatu... Jednak czyn, którego się dopuściła i którego jad krążył w żyłach jej córki, naprawdę zaskakuje i co wrażliwszych czytelników może nawet zaszokować. Rodzinne DNA... Zawiera feler, truciznę powielaną przez kolejne pokolenia... 

   W powieści Bator dominuje pierwiastek kobiecy, choć w dużej mierze zdeterminowany przez męski świat. Kobieta zdeptana, stłamszona, zdominowana, doprowadzona do ostateczności - taki oto obraz wyłania się z tej powieści. Jednocześnie wspomniane bohaterki przekraczają w pewnym momencie Rubikon i odpłacają się okrutnie za lata poniewierki. Niestety ofiarami burzliwego przebiegu zdarzeń są córki, które nie znając tak zwanego "normalnego" dzieciństwa, czułości, zrozumienia, oparcia - kopiują swoje matki. Czyż właśnie tak nie jest? Czy do pewnego stopnia nie stanowimy kopii własnych rodziców? 

   Każdy łańcuch DNA w gruncie rzeczy okazuje się wadliwy. Gdzieś w środku nas tkwi zawsze jakaś trudna do usunięcia drzazga. Choćbyśmy dłubali igłą nie wiadomo jak długo, doprowadzając się do szaleństwa, ona tkwi i za cholerę nie chce opuścić miejsca, w którym wygodnie się umościła tylko po to, by nas kłuć i drażnić. Często wydaje się nam, że będziemy wiedli lub już wiedziemy zupełnie inny żywot niż nasi rodzice. Otóż to - wydaje się nam. Chcemy się odciąć od wstydliwych, zatrutych, uszkodzonych korzeni, lecz ostatecznie jest to niemożliwe. Umieramy będąc tymi, którymi się urodziliśmy. 

   Obserwując moją babcię, widzę małą, chudą dziewczynkę, nieustannie żegnającą się z ojcem, który wyruszył na wojnę i nigdy z niej nie wrócił. Widzę kobietę zatroskaną o dzieci, ciężko pracującą, by je wyżywić i zapewnić w miarę możliwości szczęśliwe dzieciństwo. Kobietę ulegającą stereotypowemu myśleniu o podziale ról w małżeństwie, ukrywającą przed potomstwem problemy i unikającą konfliktowych sytuacji. Teraz to pogubiona w swej demencji staruszka, niepamiętająca o codziennych czynnościach, za to doskonale odtwarzająca odległe wydarzenia. W jej życiu zabrakło fizycznej obecności taty. Przetrwał we wspomnieniach - idealizowany i wyolbrzymiony. Decydującą rolę odegrała wspaniała macocha. I tak sobie myślę: "Ile jest mojej babci we mnie?"... Ile jest w Was Waszych przodków?

Komentarze

  1. Dziękuję Ci za ten wpis. Dzięki niemu sięgnę po książkę:-)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty