Otwórzcie szkoły, do jasnej cholery!
W dobrze skomunikowanych miastach młodzież może bez większego problemu spotkać się po lekcjach, co stanowi pewien paradoks w panujących obostrzeniach. I bardzo dobrze. Niech ci, którzy mogą, spotykają się. Niech śmieją się z głupot. Niech wypiją w krzakach browarka i wypalą szluga. I tak kiedyś nastąpi ten moment. A teraz rodzice zajęci chaotycznym i rozpaczliwym machaniem rękoma, by utrzymać się na finansowej powierzchni, nie zauważą i nie będą truć o odpowiedzialnym zachowaniu, tak jakby zapomnieli jak to jest być cielęciem. Niech młodzi są młodzi duchem. Nie tylko ciałem. Co jednak mają począć ci, którzy mieszkają na prowincji, na wsi, w górach, gdzie transport publiczny kuleje? Powiem Wam, jak się czuje dzieciak, któremu już sypie się wąs, a nie ma komu go zaprezentować. Jest sam jak palec. Najgorzej ma kot, czyli pierwszak, który we wrześniu rozpoczął naukę w nowej budzie. I już, już nieśmiało zaczęły kiełkować pierwsze świeże kontakty, a tu ciach! Koniec poznawania, rozkminiania, kto jest kto i z kim jest po drodze, a kogo trzeba trzymać na dystans. Teraz dystans obejmuje wszystkich, którzy nie mogą się jeszcze przemieszczać samochodem, rodzice zaś nie mają czasu na podwózkę do sąsiedniej osady czy wsi. Siedzi taki człowiek i sam nie wie, co ma myśleć. Spogląda na widok za oknem. Już nim rzyga. Tak jak rzyga spacerami tą samą trasą po najbliższej okolicy. Starzy wkurwiają tym gderaniem, żeby gdzieś się przeszedł. Dokąd ma iść?! Ciągle deptać po swoich śladach? On chce iść nowymi, nieznanymi ścieżkami. Chciałby wrzeszczeć, ale nawet na to już nie ma siły.
Rodzice martwią się. Oczywiście ci, którzy dostrzegają problem. Niestety tysiące, jeśli nie miliony, w ogóle nie wpatrują się we własne gniazdo. Jak wspomniałam, starają się jakoś to gniazdo utrzymać i samemu przy tym nie zwariować. Kiedy zresztą zauważą niepokojące zachowanie dziecka, nie mają zbyt wielu możliwości udzielenia mu pomocy. Dostęp do i tak niewystarczającej liczby specjalistów jest ograniczony. Trzeba liczyć na siebie również w tym zakresie. Służba zdrowia niedomaga. Psychologów i psychiatrów dziecięcych jest jak na lekarstwo. Oczywiście dodatkowo w dobie pandemii dotarcie na czas do jakiegokolwiek specjalisty, nawet prywatnie, jest znacznie utrudnione. Szkoły dla uczniów starszych klas szkoły podstawowej i szkoły średniej są zamknięte. Zatrzaśnięto drzwi przed nosem młodych ludzi, którzy kontaktu z rówieśnikami potrzebują jak powietrza. Z kolei otworem stoją drzwi marketów, kościołów, przedszkoli, klas nauczania wczesnoszkolnego, sklepików, środków komunikacji i obecnie hoteli oraz galerii. Tam nie ma zagrożenia. W starszych klasach wirus tylko czai się, by dobrać się każdemu do dupy.
Myślę, że skutki tej nieprzemyślanej izolacji, będą poważniejsze, niż się wszystkim wydaje. Cenę za niespójne decyzje rządu poniesie wielu ludzi. I nie będzie to tylko koszt związany z utratą pracy, i środków do życia. Spora rzesza obywateli zapłaci zdrowiem psychicznym. Wracając do młodzieży - w przeciwieństwie do dorosłych, młodzi ludzie nie są w stanie przez długi czas poradzić sobie z brakiem poczucia bezpieczeństwa, przynależności do grupy rówieśniczej, brakiem całej gamy uczuć i emocji, które normalnie odczuwa się na co dzień, gdy świat jest pokręcony tak zwyczajnie. Nie powiedzą o swoich problemach, lecz ukryją je głęboko. Kiedyś będą w końcu musieli znaleźć dla ich ujście. Jakie?
Niech wreszcie podwoje szkół będą otwarte. Mam świadomość, że nie jest to proste. Byłoby, gdyby zapewniono wszystkim, którzy chcą się zaszczepić, szczepionki. Gdyby w wakacje był sporządzony plan działania na wypadek drugiej fali zarazy, która to niby już była w odwrocie, a tymczasem zaskoczyła rząd jak zima drogowców. Skoro można było zorganizować wybory, do których udziału zachęcano całe społeczeństwo, dlaczego nie przemyślano zasad funkcjonowania szkół? Niech pomyślę... Już wiem - na organizację nauczania w mniejszych zespołach potrzeba więcej nauczycieli, a co za tym idzie - pieniędzy. Notabene, ta sytuacja pokazuje, że może jednak warto zastanowić się nad liczebnością klas w przyszłości. To ułatwiłoby wiele spraw na przykład w czasach zarazy. Teraz to musztarda po obiedzie. Klasy przepełnione, forsy dla zwiększonej liczby nauczycieli szkoda, a nawet gdyby była, cóż - coraz bardziej staje się widoczny kryzys w tym zawodzie. Niewielu młodych garnie się do pogardzanej przez społeczeństwo pracy.
Można by gdybać i podawać oczywiste rozwiązania. Niestety po raz kolejny mści się traktowanie systemu oświaty jak kuli u nogi. Przykre jest jednak to, że najbardziej pokrzywdzone są dzieci. Zostawione ze swoimi małymi i dużymi zmartwieniami w domach, które nie zawsze stanowią schronienie. Czasami domy te przypominają piekło. Z dysfunkcyjnymi rodzicami czy opiekunami, niezapewniającymi im nawet ciepłego posiłku. O jakimkolwiek wsparciu psychicznym nie wspominając. Dzieci w takich domach znają strach, wstyd i osamotnienie. Nauka zdalna to dla nich abstrakcja. Jak tu zresztą połączyć się na lekcji, gdy w tle słychać bełkot pijanego rodzica, odgłosy awantury lub rozmowy pełne wulgaryzmów? Jak tu się skupić na prozaicznej tabliczce mnożenia czy wierszu, kiedy czuje się na plecach oddech oprawcy? Jak myśleć, siedząc o przysłowiowym suchym pysku?
Dlatego otwórzcie szkoły, do jasnej cholery! Przestańcie chrzanić o wskaźniku zachorowań, o krzywych zakażeń i tego typu danych. Choroby były, są i będą. Zadbajcie o właściwe warunki nauki oraz pracy i dajcie ludziom żyć. A młodym poznawać życie, które jak wiadomo - bajką nie jest. Niech jednak sami wyartykułują, jaki z niego płynie morał.



Komentarze
Prześlij komentarz