Niech żyje PMS
Kiedy zbliża mi się miesiączka, jestem okropna. Spieszę jednocześnie z wyjaśnieniem, iż nie jestem okropna dlatego, że mam świadomość burzy hormonalnej i wychodzę z założenia, że po prostu mam prawo do bycia wredną jędzą. Przeważnie nosi mnie kilka dni, czepiam się niemiłosiernie i w pewnym momencie coś mi świta we łbie... Ej, czy nie nadchodzą TE dni? Zerkam do mojego kalendarzyka w telefonie - i oczywiście! Jasna sprawa. Czyli wszystko ze mną w porządku. Ze światem zewnętrznym również. To tylko zwykła menstruacja szarpie mną i miota moją percepcją. Nadmienię uprzejmie, że wcale nie jest to dla mnie miły stan, ta cała comiesięczna zawierucha. Często robię i mówię wówczas rzeczy, których trochę potem żałuję. Ale tylko trochę. Bo czasami dziękuję za te odmienne stany świadomości. Dzięki nim jestem w stanie wreszcie wygarnąć komuś, co mnie wnerwia i tylko wpajane mi od dziecka zasady nie pozwoliły dotychczas na wyartykułowanie wewnętrznych żalów.
Wtedy to na przykład biorę telefon do ręki, dzwonię do ekipy remontowej i mówię, że nie ma bata - ten cholerny remont ma być skończony od A do Z i to w ciągu najbliższych dni, a nie za trzy tygodnie. Że rozumiem, że mają już rozgrzebaną inną robotę i chcą wrócić na dokonanie poprawek po jej skończeniu. Nie rozumiem jednak, dlaczego najpierw nie zakończą jednej pracy i to właśnie u mnie. Dlaczego niby mam czekać na naprawienie bubli i nie móc się w końcu wprowadzić i zacząć żyć jak cywilizowany człowiek, a nie szambonurek w osadach pyłu i kurzu, pomiędzy stertą kartonów, których zawartość nadal stanowi dla mnie zagadkę. Czemu mam nieustannie czegoś szukać, nie mogąc finalnie tego znaleźć? Kiedy do kurwy nędzy skończy się ten burdel???
Oczywiście nie używam wulgaryzmów w rozmowach z ekipą, którą należy traktować stanowczo, aczkolwiek z należytym szacunkiem. W przeciwnym razie ekipa, choć złożona z osobników płci męskiej, może także ulec burzy hormonalnej zdominowanej przez wzrost testosteronu, pieprznąć drzwiami i tyle. A ja dostanę szału i po co mi to. Dlatego też w tego typu sytuacjach mówię co myślę, posługując się sprawnie eufemizmami i peryfrazami, żeby uniknąć ugodzenia czyjegoś ego. Zwłaszcza męskiego. Nie mówię jednak, że proszę, że byłabym wdzięczna, gdyby zrobili to czy tamto. Mówię: "Chcę, żeby ta wnęka została wyszpachlowana", "Chcę, żeby ten silikon został usunięty i położony porządnie", "Chcę, żeby tu została uzupełniona fuga". Chcę. Nie proszę. Prosiłam wcześniej o staranność, która nie została zachowana. Teraz koniec Wersalu. Teraz pokazuję palcem i patrząc prosto w oczy mówię, że do ideału wiele brakuje.
Nauczono mnie, że cokolwiek robię, muszę robić dokładnie. Od urodzenia otaczały mnie perfekcjonistki. Mama - perfekcyjna pani domu, która dostrzeże każdy pyłek i gdy bierze się za sprzątanie, zaczynam odczuwać dyskomfort, że nie zasuwam na takich obrotach jak ona. Babcia - dawniej perfekcyjna kucharka, która zawsze gotowała "na oko", a i tak każdemu ciekła ślina na jej dania i wypieki. Dawna szefowa - żaden błąd w tekście nie umknął jej uwadze, wypatrzyła każdy niewłaściwie wstawiony przecinek, każdy spójnik pozostawiony na końcu wersu, wszelkie braki i składniowe uszczerbki. Na szczęście nie miała do mnie zbyt wielu zastrzeżeń, ale wielu moich kolegów i wiele koleżanek drżało na myśl, że trzeba jej oddać cokolwiek do sprawdzenia. A sprawdzała wszystko. Kiedyś byłam perfekcjonistką. Obecnie staram się machać ręką na bzdety. Nie potrafię jednak machnąć na wyrzucanie ciężko zarobionych przeze mnie i mojego faceta pieniędzy. Więc jeśli zlecam coś komuś, to chcę, żeby to było wykonane choćby prawie perfekcyjnie.
Wiele potrafię. I niekoniecznie są to czynności uznawane za typowo kobiece. Gdy czegoś nie umiem zrobić samodzielnie, ceduję to na specjalistę. Zgodnie z powiedzeniem: "Jeśli nie potrafisz, nie pchaj się na afisz", nie udaję kogoś, kim nie jestem i się nie wymądrzam. Mimo wszystko interesuję się różnymi dziedzinami, w tym pracami budowlanymi i wiem, jak powinien wyglądać efekt końcowy. Dlatego nie dam sobie wmówić, że coś jest pięknie wykonane, skoro nie jest. A mój ból jest szczególnie dotkliwy, gdy mam płacić za fuszerę. Dlatego dziękuję za PMS. To on powoduje, że nie mityguję się zbytnio i mówię prosto z mostu, co mnie żga.
Remont niszczy psychicznie, nerwowo i emocjonalnie oraz może doprowadzić do ruiny finansowej. A w środku tego pierdolnika ty. Już nie cieszy cię widok fachowców, którzy przychodzą cali w skowronkach i od rana mają znakomity humor. Masz dość wszechobecnego bajzlu. Chce ci się płakać na myśl, że trzeba będzie go posprzątać. A wygląda na to, że pochłonie to dużo czasu i energii. Stajesz wieczorem pośrodku pobojowiska i nie wiesz, od czego by zacząć... Bolą cię ręce, kręgosłup i głowa. Śnisz o walących się ścianach i przewierconych niechcący rurach, o kolejnej fakturze do zapłacenia, o awanturze, którą urządzasz fachowcom... Zapominasz o zwyczajnym komforcie, jaki dają poukładane ubrania w szafie, dokumenty dostępne na wyciągnięcie ręki, ulubiona filiżanka do kawy stojąca na swoim miejscu, czysta podłoga, po której nie obawiasz się chodzić boso, lustro wiszące w łazience...
Szanowni Panowie Fachowcy, cieszyłam się, gdy Was witałam, ale idźcie już sobie definitywnie. Dla Waszego dobra lepiej będzie, jeśli nie załapiecie się na mój kolejny PMS...


Komentarze
Prześlij komentarz