Pucona śmierć nie jest fajna

   


 Mój nieżyjący już ojczym  mawiał czasami, że ten czy tamten to chyba umrze puconą śmiercią. Mogło  to nastąpić, gdy ów człowiek był niezbyt rozważny i chojrakował, nie zważając na swoje bezpieczeństwo. Mogło go to spotkać również, kiedy nadwerężył cierpliwość drugiego człowieka, dajmy na to mojego raczej spokojnego z natury ojczyma, który jednakowoż z rzadka potrafił wybuchnąć. Na szczęście spowodowanie puconej śmierci z jego strony raczej nikomu nie groziło, albowiem był to ogromny niedźwiedź o wielkim i dobrym sercu. 

   Niestety z moich obserwacji wynika, że decydenci w naszym państwie takiego pojemnego serca dla obywateli nie posiadają. I rychło wszyscy pomrzemy marnie z bardzo prostej przyczyny - z braku środków do życia. Już ledwo zipie gastronomia, kluby sportowe, ośrodki rekreacyjne. Na domiar złego właśnie do wiadomości publicznej został podany nius, że ferie zimowe będą w tym samym terminie w całym kraju - od razu po przerwie świątecznej. Dzieciarnia nie ma się jednak z czego cieszyć, ponieważ ojciec narodu, przemawiając ustami swego wysłannika, orzekł, że nie będzie żadnych durnych wyjazdów na narty i innych fanaberii. Dzieci mają siedzieć w domu. Rodzice najlepiej, gdy też będą siedzieć na dupie. Hasło: "Zostań w domu" nabiera nowego znaczenia. Żadnego spotykania się na święta i dzielenia się skażonym opłatkiem z dalszą rodziną. Mamy spędzać czas do usranej... sorry - puconej śmierci tylko w najbliższym, lekko już obrzydłym gronie. 

   Ludzie niedługo się po prostu pozabijają i zniknie problem łóżek czy respiratorów w szpitalach covidowych. Awantury wynikłe z nieustannego przebywania z tymi samymi ludźmi są nieuniknione. A gdy do tego dochodzą problemy finansowe z powodu utraty źródła dochodu lub znaczącego jego obniżenia, bonanza gotowa. Niektórzy zwariują z braku dostępu do ośrodków kultury. A TiVi, prawdę mówiąc, nie oferuje niczego ambitnego w zamian. Ostatnio chciałam wybrać się z mą latoroślą do Galerii Władysława Hasiora. A niech zobaczy z bliska prace słynnego byłego ucznia szkoły, do której uczęszcza - pomyślałam. I nici z mojego fantastycznego pomysłu. Nici także z wyjścia do Teatru Witkacego czy do ukochanego Muzeum Jana Kasprowicza, które mijam z utęsknieniem każdego niemal dnia. Sczeznę całkowicie. Staram się nie zamienić w rozwielitkę i czytam namiętnie niemiecką książkę oraz oglądam wiadomości i filmiki po niemiecku. Zamierzam zasilić moje zasoby biblioteczne, gdyż żywię nadzieję, że mój koszmarny remont wreszcie dobiegnie końca i będę mogła z namaszczeniem układać na regale swoje książki. 

   Ale wróćmy do wątku finansowego. Turystyka krajowa nadal płacze, a płakać będzie jeszcze bardziej. Kurorty górskie, przygotowane na sezon zimowy, czeka rozczarowanie. Najpierw ludzie uświadomili sobie, że ferie zamiast sześciu tygodni, będą trwały zaledwie dwa. A potem przyszedł kolejny cios - stoki i wyciągi narciarskie mają być nieczynne. Wyjazdy na ferie ograniczone. Gastronomia zamknięta. Termy i baseny również. Brak turystów oznacza brak pieniędzy dla wielu mieszkańców górskich terenów. Wielu jeszcze nie zdążyło podnieść się po poprzednich obostrzeniach. Żadne rekompensaty nie pokryją strat spowodowanych kolejnymi, strategicznymi decyzjami w związku z pandemią. Dług publiczny rośnie, wpływy z podatków spadają, ale w TiVi publicznej trwa niekończący się festiwal rzekomych sukcesów. 

   Na forach internetowych przeczytałam mnóstwo złośliwych komentarzy, które sprowadzają się do konkluzji, że skoro Podhale głosowało na partię rządzącą, to teraz niech nie stęka i pije piwo, którego sobie i innym nawarzyło. Że wreszcie ów prawomyślny matecznik dostanie za swoje. Chciałam zauważyć, że górskie kurorty to nie tylko Podhale oraz że nie każdy żyjący tu obywatel głosował na partię rządzącą. Nie należy wrzucać wszystkich do jednego worka. Mieszka tu całkiem spora grupa ludzi, która nie zgadza się z posunięciami władzy, a wyrazem tego są protesty. 

   Ujawniła się tu typowa polska przywara, którą idealnie ilustruje fragment filmu pt. "Dzień świra". Ten przedstawiający Polaków modlących się na balkonach swoich mieszkań o to, by Bóg zesłał na sąsiadów wszelkie nieszczęścia. Nigdy nie zrozumiem zawiści i zazdrości tkwiącej w ludziach, którzy karmią się cudzym niepowodzeniem. Czy naprawdę przyjemnie się patrzy na człowieka złamanego, na skraju rozpaczy, gdyż jego życie właśnie legło w gruzach? Czy jednak lepiej, gdy otaczają nas ludzie radośni, beztroscy, być może gotowi pomóc nam w potrzebie? Często widzi się efekt finalny długoletnich starań danej osoby i przez myśl nikomu nie przejdzie, ile ją to kosztowało, ile wyrzeczeń, nerwów, nieprzespanych nocy, harówy. Zazdrość uniemożliwia spojrzenie na proces, przez który ktoś przeszedł, by znaleźć się w tym miejscu, w którym jest. Nic nie przychodzi ot tak, bezkosztowo. Za każdym sukcesem czy zwykłym powodzeniem stoją zobowiązania, zależności, wzajemne powiązania. Inaczej patrzy się na daną sytuację z boku, a inaczej obserwuje się ją od środka. Idealnie pasuje tu powiedzenie, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.   

   Nie życzmy sobie źle. To, że ktokolwiek ucierpi w związku z obostrzeniami, w niczym nie ulży nam. Ponadto nigdy nie wiadomo, czy i nas nie dotknie kryzys. Jako społeczeństwo powinniśmy się wspierać. W Internecie prowadzone są akcje, mające na celu wspomaganie regionalnego biznesu. Jest to niezwykle budujące. Wymiana usług, kupowanie u rodzimych przedsiębiorców, korzystanie z ofert przeniesionych do sieci - to może choć w niewielkim stopniu pomóc branżom, którym poważnie grozi pucona śmierć. Szczerze mówiąc, każdemu ona grozi, gdyż gospodarka stoi nad przepaścią. Pozwólmy sobie nawzajem przetrwać. Pucona śmierć wcale nie jest fajna.

*oscypek - ser owczy, twardy, typu wołoskiego, "PUCONY", czyli wygniatany ręcznie w niezmienionej formule ;)


Komentarze

Popularne posty