Szkolne absurdy w czasach zarazy
Absurd goni absurd. W ogóle nie dziwię się, że ludzie mają wątpliwości odnośnie zagrożenia spowodowanego szalejącym wokół bandytą zwanym Covidem. Bo jak można wierzyć, że jest on naprawdę niebezpieczny, jeśli zapadają decyzje całkowicie pozbawione logiki. W czerwonych strefach zamknięte są uczelnie i szkoły ponadpodstawowe i ogólne przedmioty prowadzone są on-line. Jednocześnie zajęcia praktyczne odbywają się stacjonarnie. Oczywiście młodzież jakoś musi na nie dotrzeć. Nie każdego podwożą rodzice. Większość porusza się przepełnioną komunikacją miejską. Ponadto w skład rodzin wchodzą dzieci w różnym wieku - przedszkolaki, uczniowie podstawówek, szkół średnich i studenci. Ci starsi są izolowani, młodsi już nie. Mogą sobie hasać po szkole i przedszkolu, potencjalnie sprzedając i odkupując wirusy oraz bakterie wszelkiej maści. Zresztą Ameryki nie odkryję, gdy stwierdzę, że dzieciaki (przepraszam za dosadne określenie) to chodzące, małe zarazy. Żadna, nawet super-hiper-wszystkowidząca pani nie upilnuje, by nie wchodziły ze sobą w interakcje, by nie kichały, rozpylając swój przebogaty aerozol, by nie dłubały w nosie, nie wkładały palców do buzi, a potem by nie dotykały zabawek, klamek i siebie nawzajem. Jeśli ktoś twierdzi inaczej to znaczy, że nigdy nie miał do czynienia z gromadą maluchów stłoczonych w jednej sali. Albo że w ogóle nie miał okazji opiekować się choćby jednym takim egzemplarzem. Dzieci rządzą się swoimi niepisanymi prawami. I żadna ustawa ani nawet śmieszne rozporządzenie tego nie zmieni.
Kolejna bzdura z życia wzięta. Jedno z dzieci z pewnej szkoły w mojej okolicy załapało bandytę Covida. Pani nauczycielka również. Najpierw powstał niesamowity raban. Cała grupa, łącznie z panią, została w domu. Reszta kadry oraz uczniów zaniepokoiła się. Wszyscy zrobili pospieszny rachunek sumienia - miałem z nimi kontakt czy nie? Mogłem się zakazić, czy jest to raczej mało prawdopodobne? Niestety rachunek nie wypadł pomyślnie, ponieważ spora grupa miała kontakt z chorymi, a niektórzy nawet bliski, bo w czasie jazdy samochodem czy zajęć. Wiosną podniosłoby się straszne larum. A tymczasem jesienią punkt widzenia znacząco się zmienił. Sanepid orzekł już przed południem, że w domu ma pozostać tylko to jedno chore dziecko i jego nauczycielka. Pozostała część klasy mogła przybyć na lekcje. Rodzeństwo tego chorego dzieciaka także. Inny idiotyczny przykład: gdy okazało się, że u jednej z nauczycielek stwierdzono zakażenie, na kwarantannę zostali wysłani uczniowie siedzący w pierwszych ławkach. Ci, z dalszych rzędów mogli poczuć się bezpieczni. Niech teraz ktokolwiek spróbuje namówić ucznia, żeby przesiadł się do przodu ;) Ale zachowajmy powagę. Aż ciśnie się na usta soczyste WTF?!
W czerwonej strefie nie można organizować imprez zbiorowych, nie można gromadzić się w grupie przekraczającej dziesięć osób, ale jak to uczynić w szkole, gdy klasy przeważnie są liczniejsze? Uczepiłam się szkoły, bo doprawdy nie mogę pojąć jeszcze jednego absurdu. Otóż, za Chiny Ludowe nie można dostać się do wielu lekarzy pierwszego kontaktu (zdarzają się wyjątki). Pozostaje konsultacja telefoniczna, o ile jeszcze uda nam się dodzwonić do przychodni. A nie jest to proste, uwierzcie mi. Moja koleżanka po dwóch dniach spasowała i polegając na domowych sposobach, sama się wyleczyła. Nie wie wprawdzie, co konkretnie ją dopadło - wirus grypy, zwykłe przeziębienie czy bandyta wszech czasów. Tak czy owak, po wylaniu siódmych potów, leżeniu plackiem w łóżku, doszła do siebie. Zatem lekarze ukrywają się. Dostępu do nich broni często cerber w postaci pielęgniarki lub pani z rejestracji. A tymczasem dziesiątki, setki, tysiące ludzi musi codziennie chodzić do pracy i nie zważając na możliwość pochorowania się, zasuwać na podatki i składki. W tym nauczyciele właśnie, którzy mogą się ochronić tylko dzięki zawodnym maskom czy przyłbicom oraz zachowaniu dystansu. Z dystansem to też niełatwa sprawa. Bo jak można zachować jakąkolwiek odległość w przedszkolu, gdy maluch płacze albo prosi o pomoc w ubraniu się po drzemce? Jak pani ucząca w młodszych klasach szkoły podstawowej ma odseparować się od dzieci, do których trzeba podejść, wytłumaczyć coś, pokazać palcem, gdzie jest błąd?
Nie chcę uczynić z nauczycieli jakichś herosów, ale naszła mnie refleksja, że w mediach zwraca się uwagę na bezpieczeństwo dzieci, ale rzadko wspomina się o ochronie pracowników szkoły. Ostatnie doniesienia pokazują, że przypadki zachorowania wśród nich są coraz częstsze. Nikt nie zastanawia się nad skutkami, jakie ponoszą ich rodziny - dzieci, żony i mężowie, którzy również są zmuszeni pozostać w domu. Wśród nich są także osoby starsze, szczególnie narażone na wszelkie infekcje. Wielu nauczycieli po osiągnięciu wieku emerytalnego zrezygnowało z dalszej pracy właśnie z powodu zagrożenia, jakie obecnie ona niesie. I niejednokrotnie nie ma kto ich zastąpić. Niskie płace, długa ścieżka awansu zawodowego nie zachęcają młodych do podjęcia się tego wyzwania. Sytuacja w służbie zdrowia pokazuje dobitnie, do czego prowadzi ignorancja władz i niewsłuchiwanie się w głos tych, którzy czują się niedocenieni, a często wręcz zeszmaceni. Braki kadrowe w jednostkach służby zdrowia odbijają się teraz czkawką. Myślę, że niebawem podobne problemy pojawią się w oświacie. Właściwie już można je zauważyć, gdyż pomału zaczyna brakować tych, których zadaniem jest niesienie słynnego kaganka. Nie sądzę, że człowiek nieodpowiednio wynagradzany, rzucony na głęboką wodę licznych, nieprzemyślanych reform, odbierający ciosy z każdej możliwej strony, zechce karmić się misją. A na koniec, jak na misjonarza przystało, poświęcić swoje zdrowie lub życie.



Komentarze
Prześlij komentarz