I przyszła moja pierwsza jesień w górach...
Nadeszła jesień. Zauważyłam jej oznaki pewnego dnia, kiedy jechałam do pracy, a przede mną rozpostarł się widok zapierający dech w piersiach. Tatry Zachodnie mieniły się iście jesiennymi kolorami. Rdzawe, brunatne i czerwonawe połacie tworzyły przecudną mozaikę. Z kolei monumentalne, sine szczyty Wysokich zdawały się być na wyciągnięcie ręki. Dostojne, potężne, budzące respekt. Gdy wysiadłam z samochodu przed budynkiem, w którym pracuję i który jest pięknie położony, przeszłam się nieco w dół i zatrzymałam na polanie. Dolina zasnuta była mgłą i tylko nieliczne domostwa wynurzały się nieśmiało z jej oparów. Westchnęłam i po raz kolejny doszłam do wniosku, że mieszkam w najpiękniejszym miejscu w tym kraju. Kolejnego dnia musiałam dłużej zostać w pracy. Kiedy wreszcie z ulgą wyszłam na zewnątrz, znowu nie mogłam się napatrzeć na góry. Tym razem najwyższe szczyty pokrywała pierwsza warstwa śniegu. Wówczas obraz dopełnił się.
W ogrodzie czas wprowadził swoje odwieczne, cykliczne zmiany. W powietrzu czuć zapach liści, które stopniowo przykrywają trawę barwnym dywanem. Czuć chłód, który usilnie stara się wedrzeć w każdy zakamarek pomiędzy ubraniem a ciałem. Mimo wszystko lubię przebywać na tym skrawku ziemi, w którym postanowiłam zapuścić korzenie. Czy kiedyś to się uda?
W jednym ze skalniaków zadomowił się anioł. Taka figurka z gliny wypalanej w piecu, pomalowana, a następnie szkliwiona i ponownie wypalona. To prezent od mojej przyjaciółki. Niestety niedawno niechcący strąciłam go z parapetu. W wyniku nieszczęśliwego wypadku aniołek został pozbawiony jednej trzeciej sukienki, której nie udało się skleić. Mój facet stwierdził, że szkoda go wyrzucać. Że może strzec tego domu i jego mieszkańców siedząc grzecznie w ziemi na skalniaku. I tak też sobie siedzi, a raczej stoi i zadziera swą głowę wysoko, jakby spoglądał prosto w niebo. Można go dostrzec z daleka, ponieważ jego kiecka ma pomarańczowy kolor i rzuca się w oczy. Pomyślałam sobie, że idealnie komponuje się z dominującymi obecnie barwami. Nie wierzę, że nas strzeże. Ale robi mi się ciepło na sercu, kiedy na niego patrzę.
Klimat górski jest zdecydowanie surowszy niż nizinny. Od kilku dni jesteśmy zmuszeni palić w kominku, gdyż marzniemy niemiłosiernie. Odkryłam w sobie natręctwo z tym związane - uwielbiam patrzeć na płomienie liżące drewno, na czerwony żar i światło, które rozlewa się wokół. Nie mogę skupić się na czytaniu książek, gdy kątem oka widzę ten ogień. Zazwyczaj siadam blisko, by było mi ciepło, by wreszcie moje zziębnięte ciało ogrzało się. Nie przeszkadza mi to, że w pewnym momencie jest mi zwyczajnie gorąco. Lubię palić w kominku. Mogłabym to robić codziennie. Niekiedy jednak nie mam wystarczająco dużo czasu, a ta czynność wymaga dużej jego ilości. I spokoju.
Pierwszy raz w życiu mogę śmiało powiedzieć, że polubiłam jesień. Ze wszystkimi jej zaletami i niedogodnościami. Nawet, gdy pada deszcz, nie narzekam. Mam tu swój azyl. Zakupiłam kolejne książki, w których choć na chwilę zanurzam się przy herbacie z miodem. W kominku strzela ogień, za oknem szumi deszcz, a ja sobie tak siedzę i czytam albo rozmyślam, albo ot tak - jestem.



Ach...
OdpowiedzUsuń