W świecie remontów niezrealizowanych
Jak to się dzieje, że pewnego dnia okazuje się, iż wcale nie jesteś taka twarda, jak ci się wydawało? Kobieto, która idziesz przez życie jak walec i żadnej pracy się nie boisz - jednak miękniesz? Przecież zawsze dajesz sobie radę, zawsze potrafisz ogarnąć setki spraw jednocześnie, Twój mózg prosperuje niczym fabryka pracująca 24 h. No i co, co się stało? Gdzie Twój pragmatyzm, opanowanie, wiedza na temat relacji interpersonalnych, negocjacji, sztuki kompromisu i inne tego typu mądrości? Wszystko to można o kant dupy rozbić, gdy pojawia się przegrzanie systemu. W końcu mówisz: "Basta!". I powiadam Ci - dobrze prawisz. Przestańże się zamartwiać milionem spraw, na które nie masz wpływu. Skończ z pieszczeniem się z innymi. Dajże spokój z tym byciem miłą i wspierającą. Sama zacznij siebie wspierać i pieścić się ze sobą. Bo nikt inny tego za Ciebie nie zrobi. Jesteś najważniejszą osobą w swoim życiu i tylko Ty wiesz, czego Ci potrzeba, czego brakuje. Nie jesteś w stanie siebie oszukać. Czasami warto zrzucić ten gruby pancerz i pokazać, że w gruncie rzeczy jest się wrażliwą i kruchą istotą.
Wyrycz się, wykrzycz i przestań kontrolować swoje emocje! Nie masz niekiedy wrażenia, że Ty musisz zachować spokój, a inni nie? Ty musisz być wyrozumiała, cierpliwa, ta mądrzejsza i przewidująca, sprytna i zwyczajnie cwana. Inni mogą nie panować nad sobą, mogą mieć gorszy dzień, być niezorganizowani, nie dość empatyczni i wyczuleni na czyjeś problemy. Ty nie. Wiesz, co Ci powiem, a raczej napiszę - chrzań to! Nawet nie wiesz, jak wspaniale jest wreszcie wrzasnąć i walnąć pięścią w stół. A jeszcze cudowniej zacząć swój ryk od słów: "Do kurwy nędzy!". Nie jestem grzeczną dziewczynką, oj nie. Dlatego od czasu do czasu wspomagam się słownictwem, uznawanym przez wielu za rynsztokowe i nieprzyzwoite. Nie będę tu nadmieniać, gdzie mam tę klasyfikację. Nic tak nie rozładowuje moich nerwowych stanów jak dobre, polskie wulgaryzmy. Oczywiście używane we właściwych okolicznościach. A okoliczności jest sporo. Cóż poradzić - takie to Ci życie, Droga Kobieto XXI wieku.
Ostatnimi czasy nazbierało mi się powodów do okazania jawnego niezadowolenia. Pominę te bardziej osobiste. Wspomnę natomiast o tym, że "mój" pan remonciarz zrobił mnie zwyczajnie w bambuko. Remont miał się rozpocząć w bieżącym tygodniu, a chłop, z niewiadomych mi powodów, po prostu unikał ze mną kontaktu. Zostałam na lodzie i teraz z duszą na ramieniu oraz klepiąc po cichu zdrowaśki, czekam na odpowiedź od innego faceta, parającego się budowlanym fachem. Jak ja nie cierpię nieodpowiedzialnych, niesłownych ludzi! Szlag mnie trafia, gdy mam z nimi do czynienia. Rozumiem, że nieraz coś komuś wyskoczy i nie może wywiązać się z wcześniej podjętych zobowiązań, ale (do kurwy nędzy!) nie pojmuję tego, że nie odbiera się telefonów ani nie odpowiada na alarmujące esemesy. Przykro mi to stwierdzić, lecz moje wewnętrzne statystyki pokazują, iż przeważnie przyczyną moich niefortunnych doświadczeń w tym zakresie są mężczyźni. Ich lajtowe podejście do wielu spraw z jednej strony bardzo mi imponuje, lecz z drugiej doprowadza do szewskiej pasji. Otuchy dodaje fakt, że niewielki odsetek reprezentantów tej płci ratuje jej honor i staje na wysokości zadania. Oby kolejny, potencjalny wykonawca robót zaliczał się do tegoż odsetka...
Co czynię, gdy zawiedziona i jednocześnie wściekła, nareszcie jestem zaszczycona uwagą olewającego mnie wcześniej człowieka? Spuszczam go na drzewo. Nie ma mnie dla niego. Niech znika mi z oczu, gdyż w furii mogę stracić resztki cierpliwości. Chętnie przyłożyłabym mu z prawego sierpowego, ale nie posiadam sił i możliwości fizycznych adekwatnych do mych chęci. Poza tym wykonując mój zawód, muszę figurować w sądzie jako osoba niekarana, więc wyładować mogę się co najwyżej na jaśku - poduszce. Ponadto w dniu dzisiejszym jestem zwyczajnie zmuszona oddać się (umiarkowanemu) spożywaniu alkoholu. Co mo być, to byndzie. Pomyślę o tym jutro. Dziś nie zamierzam się tym martwić, ino się odprężyć.
***
Perypetii ciąg dalszy...
I co miało być - jest, czyli nadal nie mam żadnego pana remonciarza. A właściwie Pana Remonciarza. Wielka litera jest tu niezbędna, gdyż Panowie Remonciarze bardzo się tu szanują i nie pojawiają się na byle kiwnięcie palcem, na umówione spotkania i nie dotrzymują danego wcześniej pochopnie słowa. Ten jeden, w którym pokładałam nadzieję i za którego dyspozycyjność odmawiałam zdrowaśki, niestety nie może mi pomóc i uczciwie mnie poinformował, że jest zajęty na kilka miesięcy do przodu. Wszyscy jego dobrzy, godni polecenia znajomi również. Mój Facet załatwił namiary na dość pokaźną i solidną firmę budowlaną i byliśmy umówieni na oględziny na dzisiejsze popołudnie. Oczywiście (ha ha ha. Ha!) nasze remontowe tête-à-tête nie doszło do skutku. Spotkamy się na pewno (według właściciela firmy) / może (według mnie) jutro. Już nawet nie mam siły się denerwować. Zrezygnowana przyjmuję postawę wiele mówiącą o moim podejściu do tegoż tematu - mam to wszystko w dupie.
Cóż innego mogę uczynić? W najgorszym wypadku poczekam na tego godnego zaufania do... stycznia. Jeszcze sobie najwyżej pogrzebię po kartonach w poszukiwaniu tego i owego. Nadal nie będę wiedziała, gdzie szukać jakiejś rzeczy. Zginę poruszając się po zagraconym garażu w celu namierzenia niezbędnych w danym momencie klamotów. A co mi tam. Jak się przeprowadzać i urządzać, to z rozmachem. Jest jednak pewna korzyść i nauka płynąca z doświadczeń ostatnich miesięcy, a mianowicie: warto docenić normalne, zwyczajne warunki mieszkaniowe. To, że wszystko jest na swoim miejscu. I po raz kolejny powtórzę - mniej rupieci to mniej zmartwień. I wiecznego szukania. Kurzu. Myślenia, co z tym całym dziadostwem zrobić. Gdzie to ustawić, położyć, uchować przed zniszczeniem.
Nadal nie mogę pojąć, że wielu ludzi tak lekceważąco podchodzi do zobowiązań. Równocześnie wierzę, że istnieje karma i kiedyś sami zostaną potraktowani tak jak oni traktują innych. Tymczasem chyba znowu idę zrobić sobie drinka, albowiem świat na trzeźwo jest czasami niestety nie do przyjęcia.



Komentarze
Prześlij komentarz