Tęsknię za tym, co minione

   

   Nareszcie znalazłam czas na napisanie tego posta. W ferworze codziennych obowiązków starałam się przede wszystkim wygospodarować choć godzinkę na naukę i godzinkę na czytanie. Aby zrealizować swoją potrzebę napisania, musiałam niestety się wstrzymać. Na wstępie dodam tylko, iż sfinalizowałam temat pracy, mój syn dostał się do upragnionej szkoły, a mój facet jest na finiszu załatwiania papierkowo-urzędowych spraw, dzięki czemu będzie mógł wreszcie wyrwać się z domowych pieleszy i ruszyć do roboty. 
   Zdarza się, że mamy ochotę skorzystać z uroków górskich terenów, co też czynimy. Niedaleko domu mamy ogromne przestrzenie, po których hasa nasz biały potwór, czyli sunia Plamka. W zasięgu ręki, a właściwie nóg, znajduje się cała masa dobrze znanych nam szlaków. W związku z tym, iż Młody (syn) nie na wszystkich miał okazję ścierać podeszwy swych buciorów, postanowiłam przybliżyć mu blaski i cienie górskich wypraw. W ubiegłym tygodniu zabrałam go nad Morskie Oko, potem szlakiem prowadzącym przez Świstówkę do Doliny Pięciu Stawów, a następnie do Doliny Roztoki. Taka tam lajtowa traska. Przynajmniej tak ją sobie zaklasyfikowałam kilka lat temu ;) Biorąc pod uwagę fakt, iż z moim facetem odbyliśmy znacznie dłuższe, bardziej wyczerpujące i ryzykowne trasy, tę wycieczkę naprawdę można zaliczyć do lekkich. Pojechaliśmy zatem busem do Palenicy.
   Słoneczko ogrzewało ciała jeszcze trochę zanurzone w półśnie, powietrze wlatujące przez otwarte okna było rześkie, nastrój leniwie rozkręcał się. Na dobre obudziliśmy się, gdy okazało się, iż stoimy w potężnym korku. Pierwszy raz widziałam korek na drodze do Morskiego Oka! I to jaki korek! Współpasażerowie na początku patrzyli z niedowierzaniem, potem zaczęli pod nosem kląć, aż w końcu część z nich stwierdziła, że woli dojść pieszo do szlaku niż stać w kilkukilometrowej kolejce na parking. Ja i Młody także wybraliśmy tę opcję. Po rozgrzewce podsycanej przez wewnętrzny nerw, dotarliśmy do bramek, zapłaciliśmy za wstęp do Tatrzańskiego Parku Narodowego i pełni werwy wystartowaliśmy niczym rącze jelenie. 
   Po drodze mijaliśmy jeszcze niezbyt liczne towarzystwo. Liczne, według moich kalkulacji, zapewne dopiero przewracało się z boku na bok w swoich łóżkach. Niemniej jednak na tej przeklętej dziewięciokilometrowej aslfaltówce mogliśmy podziwiać rozmaite okazy rodzaju ludzkiego. Rodziny z marudzącymi dziećmi. Rodzinki z wózkami i niemarudzącymi, za to śpiącymi w nich bobasami. Młodych facetów, którzy mimo tego, iż najwyraźniej byli "wczorajsi", spożywali alko - cóż, piwo z rana jak śmietana ;) Jurnych, dziarskich mężczyzn prujących do przodu jakby mieli wbudowany silnik z turbodoładowaniem. Pączusie toczące się niespiesznie - pączusie - mamy, pączusie - tatusiowie i takowe pączusiowe potomstwo. Do tego zrzędzące i wymuszające wiele postojów. O zgrozo, turystów tej kategorii było bardzo dużo. Widać, że reklamy, zniechęcające do jedzenia fastfoodów i straszące chorobami wynikającymi ze złego sposobu odżywiania, nie przynoszą spodziewanych efektów, gdyż pączusie zajadały się śmieciowym żarciem i zapijały to soczkami. Ale to jest tak zwany pikuś - to mijane towarzystwo. Mimo wszystko darzę ich ogromnym szacunkiem, że postanowili ruszyć się i pieszo dojść do jednej z najbardziej znanych atrakcji w Tatrach. Niezmiennie szokujące było inne zjawisko. A tym zjawiskiem byli ludzie rozwaleni w powozach ciągniętych przez konie.
   Rozumiem, że nie każdy jest w stanie przejść tę drogę o własnych siłach. Jestem w stanie pojąć, że starsi, schorowani, niepełnosprawni, nie podołają trudom takiej wyprawy. Choć widziałam panią na wózku dzielnie podążającą do celu. Ale za nic nie zrozumiem nigdy zwykłych leni, którzy są młodzi (wpatrzeni w smartfony), zdrowi, silni. Swoją witalność prezentowali śmiejąc się co niemiara na przykład z rodzinek z wózkami - cytuję: "Fajne mają konie wasze dzieci". Też uważam, że fajne, gdyż hardo stawiające krok za krokiem mimo dodatkowego obciążenia. Z kolei niefajnie mają konie, które są zmuszone wozić takich właśnie radosnych byczków, którzy stękają przy wsiadaniu na wóz. 
   Reakcje wielu przechodzących obok turystów utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie jestem dziwaczką rozczulającą się nad biednymi konikami. Wszyscy z niesmakiem spoglądali na leniwców i powożących górali . Dwóch facetów nagrywało filmik, ukazujący sapiące, spocone konie. Mnie ogarnął smutek, gdy patrzyłam na te umęczone zwierzęta, ciężko oddychające, ze spuszczonymi oczami i łbami. Kilka lat temu byłam świadkiem tego, jak z ich brzuchów ciurkiem leciał pot. Był straszny upał, lecz nikt nie miał dla nich litości. Mimo tylu protestów tradycja wożenia turystów nad Morskie Oko ma się znakomicie. Wiem - koń to zwierzę, które często służy do ciężkiej pracy. Wiem - te konie zaprzęgane do wozów, dzięki interwencjom różnych instytucji chroniących prawa zwierząt, mają odpoczynek po każdym kursie. Wiem - to taka tradycja i już. Mimo wszystko nie potrafię zaakceptować faktu, że w XXI wieku nadal nie można odejść od zwyczajów, które są barbarzyńskie. Poza tym, po raz kolejny ciśnie mi się na usta pytanie: "Ludzie, po co przyjechaliście w góry?".
   Gdy zaczynałam swoją tatrzańską przygodę, turystyka górska wyglądała zupełnie inaczej. W góry udawali się ci, którym niestraszny był wysiłek fizyczny, krew, pot i łzy... szczęścia, gdy u celu można było podziwiać przecudne widoki. Nikt nie zwracał uwagi na to, jakiej firmy są czyjeś buty czy ubrania. Mile widziane były rzeczy znoszone, co świadczyło o sporym doświadczeniu włóczęgi. Często po Tatrach szwendali się tacy jak ja i mój facet - młodzi, mający parę groszy w kieszeni, lecz mimo tego zadowoleni ze wszystkiego. Nawet powrót ze szlaku w ulewie miał swój urok. Kto nie chciał się "męczyć" nie jechał w góry i tyle. Teraz obraz turysty górskiego często nie ma nic wspólnego z tym, co zachowałam w pamięci. 
   Z przykrością obserwuję, że ludzie nie respektują zasad zachowania w parku narodowym. Krzyczą, klnąc przy tym jak szewce, zostawiają po sobie śmieci, schodzą z wyznaczonych szlaków, przepychają się nawzajem, stwarzając zagrożenie, jedzą jagody, które są przeznaczone dla dzikich zwierząt, zrywają kwiaty, zbliżają się do jeleni, bo koniecznie chcą sobie strzelić selfika. Nie posiadając żadnego przygotowania, niektórzy pchają się na naprawdę wymagające trasy. A potem, w ataku paniki, tarasują przejście. Źle obliczają czas podany na mapie lub przeceniając swoje możliwości, sądzą, że są w stanie dany szlak pokonać zdecydowanie szybciej. Nie rezygnują z dalszej wędrówki mimo tego, że nadciągają groźne chmury. Wychodzą w góry zbyt późno i wracają o zmroku. Nie wiedzą, jak się zachować w czasie burzy. Widok japonek i butów na obcasach już mnie nie dziwi. Nawet podczas opisywanej wyżej wyprawy mogłam zaobserwować, jak należycie obuta matka prowadzi dziecko w klapkach basenowych. Dramat. 
   Dlatego ponawiam pytanie: "Po co jedziecie w góry?". Tęsknię za dawnymi czasami. Bez szpanu, napinki, srajfonów z Google Maps, selfików, za to z papierową mapą, złachanymi butami, które jeszcze dadzą radę i świętym spokojem. Za mówieniem sobie: "Cześć" lub "Dzień dobry", tudzież "Ahoj", gdy się mija kogoś z naprzeciwka. Za rozmowami z nowo poznanymi włóczęgami. (Jakże się ucieszyłam, gdy spotkałam dwóch pogodnych łazików w drodze na Świstówkę - pozdrowienia dla chłopaków ze Szczecina). Brakuje mi ludzi świadomych sensu przebywania w Tatrach, znających historię tego regionu, zdających sobie sprawę, że sto lat temu była to mekka wielu słynnych artystów. Że oprócz Krupówek, knajp i term, jest tu cudowny Teatr Witkacego, muzea - Makuszyńskiego, Kasprowicza, Szymanowskiego, Hasiora, Muzeum Tatrzańskie, galerie sztuki... Tęsknię za tym, co minione. Niestety chyba bezpowrotnie.


Komentarze

  1. Aż mi ciarki przeszły od tej tęsknoty... Sentymentalnie się zrobilo

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty