Manipulacja to miecz obosieczny
Jak słodki potrafi być ten człowiek! Jaki wspaniały, dobry, czuły i wrażliwy. Potrafi odgadywać nasze oczekiwania i je spełnić. Jest naprawdę niezwykły i nietuzinkowy. Dysponuje wieloma możliwościami i bryluje w towarzystwie. Życie z nim przypomina bajkę. Chyba spadł prosto z nieba! Nie. Nie i jeszcze raz nie. I można się o tym przekonać bardzo szybko. Gdy tylko on lub ona poczuje pewny grunt pod nogami, uzależni nas od siebie emocjonalnie, jego oblicze pomału ulega przemianie. Z księcia lub księżniczki staje się potworem. Czyni to jednak na tyle subtelnie i małymi krokami, że często nie potrafimy w porę się zreflektować. Zaczynamy mieć wątpliwości, czy to na pewno ta sama osoba, którą niedawno postrzegaliśmy zupełnie inaczej. I czy nam się tylko wydaje, czy rzeczywiście ten człowiek powoli strąca nas w otchłań, doprowadzając do braku równowagi psychicznej i uczuciowej. Mimo tego, iż intuicja naprowadza nas na właściwe tory, odrzucamy trudną do przyjęcia prawdę - że mamy do czynienia z kimś złym, zepsutym, egoistycznym... ze zwyczajnym manipulatorem.
Jestem po lekturze książki Christel Petitcollin pt. "Jak nie dać sobą manipulować". Nie wszystkie przedstawione przez autorkę teorie stanowiły dla mnie novum. Dysponowałam już wcześniej dużą dawką wiedzy na ten temat i doświadczeniem w kontaktach z manipulatorami. Jednak dzięki tej książce uporządkowałam wiele istotnych informacji o mechanizmie działania manipulatorów, a także dowiedziałam się tego, jak skutecznie i szybko się im przeciwstawiać. Nie będę streszczać całości książki, gdyż mija się to z celem. Zachęcam do lektury. Odniosę się do własnych spostrzeżeń dotyczących moich osobistych przeżyć, których echo znalazłam w tej pozycji. Wielokrotnie miałam okazję zetknąć się z ludźmi, którzy wykorzystują niekiedy nieświadomie, a niekiedy w sposób całkowicie zamierzony, różne techniki manipulacyjne.
Przykładem może być X. Mistrz w omawianej dziedzinie. Kiedy czegoś potrzebuje, jest czarujący, prawi komplementy, uśmiecha się pozornie życzliwie. Zwłaszcza, gdy zawiera nową znajomość, wzbija się na wyżyny uwodzenia. Podobnie postępuje każdy z nas. Na początku, gdy kogoś poznajemy, staramy się pokazać z jak najlepszej strony. Wiadomo, że nikt przy pierwszych kontaktach nie przyzna się do tego, że jest na przykład brudasem, leniem śmierdzącym czy zwykłym chamem. Jednak dla manipulatora to zaledwie etap w niszczeniu drugiej osoby. X bywa miły i dobrotliwy. Ale w ułamku sekundy potrafi zmienić się w bezczelne bydlę. Najpierw pokazuje anielską twarz, a po chwili wstępuje w niego diabeł. Wówczas obraża, rzuca oskarżenia, obwinia, zastrasza, wpada w szał. Kiedyś chciałam mu pomóc znaleźć pracę. Po jednej z kłótni, w obawie przed tym, żebym jednak nie wycofała się z obietnicy wstawienia się za nim, rzucił: "Jeśli przez ciebie nie dostanę tej pracy, zniszczę cię". Na szczęście spłynęło to po mnie jak po kaczce. Zdałam sobie sprawę, że on się zwyczajnie boi i w tym swoim strachu jest żałosny. Jak niby miałby mnie zniszczyć? Za pomocą jakich narzędzi? Wtedy, nie wiedziałam, że postępuję słusznie, ale po prostu nie wystraszyłam się jego gróźb. Nigdy też nie dałam sobie wmówić zarzucanych mi złych uczynków, intencji czy zamiarów. Miewałam momenty zwątpienia i zdawało mi się, że może on w końcu się zmienił. Wielokrotnie pięknie przemawiał o tym, że nastąpiła w nim istotna przemiana, że wreszcie zrozumiał swoje błędy i od teraz jest zupełnie innym człowiekiem. Niestety po czasie jego postępowanie temu przeczyło. O tym właśnie pisze autorka książki - manipulatorzy nie zmienią się nigdy. To smutne, ale doświadczenie życiowe dość dobitnie pokazało mi, że to prawda.
Y to już inna relacja. Obecnie Y to dla mnie odległa przeszłość. Gdy łączyło mnie z nim coś głębszego, byłam bardzo młodą i niedojrzałą kobietą. Moim jedynym orężem była krnąbrna i przekorna natura. Cechowała mnie jednocześnie niestabilność emocjonalna i niepewność własnej wartości. Miałam masę kompleksów, obaw oraz kłopotów osobistych. I tenże Y doskonale to wykorzystał. Był starszy, więc sądziłam, że jest mądrzejszy, że pomoże mi wejść w dorosłe życie, będąc moją opoką. Ja z kolei chciałam za wszelką cenę pomóc mu osiągnąć jego własne cele związane z wykształceniem i ułożeniem sobie życia zawodowego. Nie dostrzegałam tego, że niestety nie posiada on ku temu odpowiednich predyspozycji i jest zwyczajnie leniwy. Nie umiał się z tym pogodzić, że mnie nauka i zdobywanie kolejnych szczytów przychodziło z łatwością, podczas gdy on miotał się i szarpał bez efektów. Nie odpowiadała mu słaba pozycja w pracy i miał zbyt wysokie aspiracje, co wiązało się z nieustanną frustracją, którą wyładowywał na mnie. Gdy wypowiadał się niepochlebnie o swojej poprzedniej dziewczynie, nie widziałam w tym nic złego. A powinnam. Nigdy nie stanął po mojej stronie, kiedy jego matka kierowała pod moim adresem jakieś idiotyczne uwagi. Przeciwnie, wtórował jej, przez co myślałam, że naprawdę ze mną jest coś nie tak. Po latach, z dalszej perspektywy doszłam do wniosku, że oboje rekompensowali sobie w ten sposób swoje braki i za wszelką cenę chcieli, żebym czuła się gorsza, niedowartościowana i chciała zaskarbić sobie ich aprobatę. Y stosował także szantaż emocjonalny. Groził, że zrobi sobie krzywdę, jeśli od niego odejdę. Twierdził, że nie wyobraża sobie życia beze mnie. Nie mógł znieść moich serdecznych relacji z innymi ludźmi. Zawsze w każdej koleżance, a zwłaszcza w kolegach, dostrzegał same negatywne cechy i starał się mnie odciąć od przyjaciół i znajomych. Jego zazdrość była chorobliwa. Uważał, że moi koledzy to (cyt.) "psie chujki", cokolwiek miało to oznaczać. Musiałam się tłumaczyć z rozmów z nimi, uśmiechu skierowanego w ich stronę, wspólnego tańca. Gdy jechałam na egzaminy na studia, zamiast dobrze mi życzyć, powiedział: "Mam nadzieję, że się nie dostaniesz". Liczył na to, że szybko za niego wyjdę i zacznę rodzić dzieci. Dobrze, że zwyciężyła moja buntownicza część osobowości i zakończyłam ten toksyczny związek.
Znam jeszcze Z. Jest kobietą. Lubi ustawiać się w pozycji ofiary. W otaczających ją ludziach widzi tylko agresję, chęć skrzywdzenia jej, dokopania, brak życzliwości. Chce zdobyć grono lojalnych osób, które będą stać za nią murem i jej przyklaskiwać. Bez przerwy obgaduje, snuje domysły, nakręca się małymi i dużymi aferkami. Sama doświadczyłam manipulacji z jej strony, gdy próbowała za swój błąd obwinić mnie i przedstawiła określoną sytuację tak, że część znajomych chwilowo odwróciła się ode mnie. Na początku myślałam, że chyba mnie się coś wydaje, że przecież to wszystko wyglądało inaczej albo to było moje złudzenie. Poczułam się wytrącona z równowagi. Na szczęście szybko się otrząsnęłam i metodą zdartej płyty powtarzałam, że nie jestem odpowiedzialna za jej błąd i niedociągnięcie. Manipultorzy bardzo często szukają winnych nie w sobie, lecz w innych. To inni doprowadzili do ich porażki, podłożyli im świnię, nie chcieli pomóc, odwrócili się od nich, a wręcz knuli przeciwko nim. Tej nieszczęsnej Z ciągle jest przykro z jakiegoś powodu. Nieustannie dzieli włos na czworo. Jest męcząca do tego stopnia, że zawsze w jej obecności czułam się wykończona i wyzbyta wszelkiej energii. Dlatego trzymałam ją na dystans.
Christel Petitcollin radzi, by uciekać , gdzie pieprz rośnie, gdy na naszej drodze stanie manipulator. Niestety nie zawsze jest to możliwe, gdyż czasami manipulatorami są członkowie naszych rodzin. Wówczas, według autorki, należy ograniczyć kontakty do minimum, zbyt wiele o sobie nie opowiadać, żeby nie zostało to kiedyś wykorzystane przeciwko nam. Tak też czynię od dawna. Mimo wszystko moje przeżycia, których namiastkę przedstawiłam powyżej, wiele mnie nauczyły. Gdyby nie one, nie wiedziałabym, jak destrukcyjny wpływ ma zetknięcie się z manipulacją w czystej postaci. Dlatego po pierwsze nie pozwalam zbliżać się manipulatorom, nie zwierzam się im, stawiam im jasne granice, jeśli już się pojawią na horyzoncie i absolutnie nie daję się wkręcić w ich chore gierki. Nie interesuje mnie to, że obmawiają mnie, opowiadają wierutne kłamstwa i życzą jak najgorzej. Niech się kotłują we własnym sosie. Nic mi do tego. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi towarzystwo ludzi otwartych, szczerych, tolerancyjnych i bezinteresownych. A z technik manipulacyjnych stosowanych przez wampirków energetycznych chce mi się śmiać. Ich sposób działania jest strasznie prymitywny i kiedy obserwuję, jak się dwoją i troją, by osiągnąć swoje okropne cele, żal mi ich. Życie manipulatora musi być niezmiernie wyczerpujące nie tylko dla otoczenia, ale i dla niego samego. Chcąc zniszczyć drugiego człowieka, niszczy tak naprawdę siebie. Manipulacja to miecz obosieczny.



Komentarze
Prześlij komentarz