Porozmawiajmy bez domysłów

   

   Jak ja nie cierpię się domyślać... Gdy słyszę słowa: "mogłaś się domyślić" lub "domyśl się", dostaję szału. Nie, nie mogłam i nie mogę, bo nie jestem Duchem Świętym ani żadnym innym bóstwem i nie potrafię czytać w cudzych myślach. Oczywiście często dostrzegam emocje, malujące się na czyjejś twarzy. Zauważam, na podstawie mowy ciała, że ktoś czuje się niepewnie, jest zdenerwowany, szczęśliwy itd. Potrzeba do tego odrobiny inteligencji emocjonalnej. Ot, co. Natomiast nie zamierzam dręczyć siebie domyślaniami i przypuszczeniami. Szkoda energii i zdrowia. Kiedyś byłam gotowa rwać włosy z głowy, by dojść do tego, o co komuś chodzi. Bywało, że kiepsko sypiałam, rozważając po nocach, dlaczego ten ktoś akurat powiedział to, co powiedział, wykonał taki czy inny gest lub czy zaśmiał się szyderczo, czy to jednak był po prostu niekontrolowany tik nerwowy. Teraz nie zajmuję się takimi bezproduktywnymi rozterkami. Zdecydowanie wolę porozmawiać otwarcie i ustalić, o co właściwie kaman. 
   Przyznaję, nie zawsze są to miłe rozmowy. W ich trakcie można dojść do porozumienia, ale można także zderzyć się ze ścianą. Można również usłyszeć parę cierpkich uwag pod swoim adresem, które bywają dla nas zaskakujące. Często nasze postrzeganie siebie znacząco różni się od tego, jak widzą nas inni. Niekiedy wyłożenie kawy na ławę staje się przyczynkiem do wojny totalnej. Mimo wszystko uważam, że korzyści wynikające z tego górują nad uczuciem dyskomfortu, niezrozumieniem, a także głęboko skrywanym żalem. Sądzę również, że dorośli, dojrzali ludzie nie powinni bawić się w ciuciubabkę, tylko zdobyć się na szczerość. 
   Już dawno, dawno temu pogodziłam się z myślą, że nie każdy mnie lubi i z dużym prawdopodobieństwem nigdy nie polubi. Cóż, to działa w obie strony. Ja również nie przepadam za wszystkimi. Dlatego nie przejmuję się tym, co "ludzie powiedzą". Najzabawniejsze są opinie ludzi, z którymi nieraz nie mamy żadnych bliższych relacji. Oni, w ich mniemaniu oczywiście, znają nas najlepiej i najwięcej mają do powiedzenia na nasz temat. Gdy mnie ktoś pyta, jak odbieram tego czy tamtego, nowo poznanego człowieka, zawsze odpowiadam, że na razie nie wiem, co o nim myśleć. Nie znam go lub znam zbyt krótko. Poza tym nie chcę wydawać oficjalnie jakichś opinii czy ocen, szczególnie powierzchownych i być może nieprawdziwych. Zresztą - co to znaczy, że znamy kogoś dobrze? Nigdy nie będziemy w stanie kogokolwiek poznać do końca, gdyż po pierwsze - choćbyśmy go znali wiele lat, pewnie nie mieliśmy okazji zaobserwować, jak zachowuje się w niespotykanych albo ekstremalnych sytuacjach. Po drugie, ludzie się zmieniają i często ta sama osoba, którą kilka lat temu odbieraliśmy jako pokrewną nam duszę, obecnie różni się tak bardzo, że nasze drogi zwyczajnie się rozjeżdżają. I na odwrót - ktoś, za kim nie przepadaliśmy kiedyś, teraz nagle okazuje się być niezwykle bliskim, doskonale nas rozumiejącym człowiekiem. 
   Czy w pracy, czy w życiu prywatnym nie lubię podchodów ani wojenek podjazdowych. Żadnego zachodzenia w głowę, snucia przypuszczeń, niedomówień. Prawda, nawet nieprzyjemna, jest mi bliższa niż konwenanse, nieszczerość i manipulacje. Owszem, stać mnie na błyskotliwe, cięte riposty, ale po co mam tracić czas na dawanie okrężną drogą znaków, że niemiła jest mi czyjaś obecność. Nie chcę się bawić w dogryzanie, mecze towarzyskie, po których robi się bilans utarczek słownych. Nauczyłam się unikać ludzi, którzy działają mi na nerwy i wielokrotnie gryzę się w język, by nie chlapnąć czegoś złośliwego. Schodzę z pola rozpoczętej walki i mam zwyczajnie w dupie, jak druga strona to odbierze. Myślę, że... Nie, właściwie nic nie myślę. Po prostu nie chcę mieć z kimś takim do czynienia. Ale też nie zamierzam niczego udawać. Fałsz i obłuda mierzą mnie niepomiernie. Jeśli ktoś mnie irytuje, drażni, jego głupota poraża - odchodzę. 
   Zupełnie inaczej rzecz się przedstawia, gdy chodzi o bliskie mi osoby. Zależy mi na tych relacjach. Bardzo dbam, by były autentyczne, mimo tego że nie zawsze sprowadzają się one do słodkiego ćwierkania. Lubię wyjaśnione sytuacje, omówione problemy i ewentualne potknięcia, ponieważ jest dla mnie istotne zachowanie dobrych stosunków. Biorę także pod uwagę, iż konflikty czy nieporozumienia nie muszą od razu przekreślać wieloletniej przyjaźni lub znajomości. Wiem, że każdemu czasami pęka żyłka pierdząca i musi wybuchnąć, wylać swoje gorzkie żale, wyartykułować potrzeby i oczekiwania. Nie jesteśmy manekinami, tylko ludźmi z krwi i kości. A krew potrafi się zagotować! Chodzi jednak o to, by później umieć przywrócić ją do normalnej temperatury. 
   Moim zdaniem mówienie o tym, co leży na wątrobie, jest niesamowicie pożyteczne. Nie tylko dla wątroby, która uwalnia się od żółci. Nie należy oczekiwać, że ktoś się czegoś domyśli. Zdecydowanie trzeba zwyczajnie o tym powiedzieć i to czasami wprost. Najbardziej wprost jak się da. Snucie domysłów jest zbyt wyczerpujące, w ogóle nie pomaga w rozwiązywaniu problemów i dewastuje zdrowie. Z kolei mówienie o swoich przeżyciach, sytuacjach problemowych i związanych z nimi uczuciach oraz emocjach jest wyrazem odwagi i dojrzałości. Zaprowadza w głowie porządek, uwalnia od ciężaru niewypowiedzianych słów i układa właściwe relacje z ludźmi. Dlatego nie domyślajmy się. Rozmawiajmy.

Komentarze

  1. Rozmawiajmy. O tak jestem bardzo za! W pracy, w domu..wszędzie gdzie się da. Podpisuję się pod tym bez dwóch zdań.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty