Dość już tej kiełbasy

   


   Dzień jak co dzień w dobie korony. Najpierw odwiedzam łaziebny salon. Następnie udaję się do prowizorycznie urządzonej kuchni i śniadam, czyli szamam przygotowaną przez siebie owsiankę.  Od tej owsianki chyba się uzależniłam, ale cóż, lepszy taki nałóg niż żaden ;) Oczywiście podczas spożywania posiłku czytam w necie informacje z różnych stron świata. Zahaczam także o wieści z naszego rodzimego podwórka... i jak zwykle podnosi mi się ciśnienie. Dzięki temu nie muszę pić kawy, żeby doprowadzić swój umysł do stanu względnej trzeźwości. Czytam o kolejnych benefitach i szlag mnie trafia! Nie tylko mnie, sądząc po komentarzach wielu moich rodaków. Najbardziej poirytowani są ci, którzy od wielu lat zasuwają jak dobrze naoliwione trybiki w maszynie i nie mogą znieść rozdawnictwa pieniędzy przez nich wypracowanych. Płacą podatki, oszczędzają, biorą nieraz po kilka cząstek etatów, by jakoś załatać domowy budżet i czują się jak ostatni frajerzy, gdy widzą, że  dobra zmiana po raz kolejny ich zwyczajnie łupi. 
   Już słyszę pytania typu: "A gdyby i tobie coś się skapnęło, to też byś miała coś przeciwko naszemu opiekuńczemu państwu?". Tak. Biorę tzw. 500+, choć dopiero łaskawie zostało mi przyznane po dziesięciu miesiącach od złożenia wniosku. Biorę i bezczelnie dodam, iż mnie się te pieniądze zwyczajnie należą, gdyż pracuję od kiedy jestem dorosła i uczciwie płacę  podatki. Dlaczego mam nie brać, skoro korzystają z tego zasiłku osoby niepracujące od zawsze. Jednak jestem przeciwna takim prezentom i gdyby ich nie było, byłabym zadowolona. Już przedstawiam swoje argumenty. Po pierwsze, jak pokazują statystyki i co było do przewidzenia, żaden zasiłek nie spowoduje znaczącego przyrostu naturalnego. Aby rodziło się więcej dzieci, potrzebne są systemowe rozwiązania np. realne prawo chroniące młode kobiety w pracy, większa dostępność do żłobków i przedszkoli, elastyczny czas pracy młodych matek itd. Po drugie, każdy powinien planować rodzinę posługując się rozumem, a co za tym idzie - zastanowić się nad tym, na ile dzieci go stać i ilu z nich zapewnić godne warunki do życia. Państwo nie powinno brać odpowiedzialności za brak prokreacyjnego planu dorosłych ludzi. Po trzecie i najważniejsze - pieniądze przeznaczone dla dzieci często niestety są wydawane w celach zupełnie niezwiązanych z ich potrzebami. Oto przykład: w dobie zdalnego nauczania nagle okazało się, że wielu uczniów nie ma w domu komputera i dostępu do Internetu lub na kilkoro dzieciaków jest jeden rzęch. Rodzi się pytanie: "Co się stało z kilkuletnimi wpływami ze świadczenia wychowawczego?". Naprawdę przez kilka lat nie można było uciułać na laptopa? Z pięciu stówek miesięcznie nie można opłacić Internetu? 
   Mleko się rozlało. Jest 500+ i żadna partia nigdy nie podniesie na nie ręki w obawie przed gniewem ludu, objawiającym się brakiem poparcia w kolejnych wyborach. Dlatego uważam, że jedyną możliwością poprawienia bytu dzieci, które otrzymały taki piękny prezent, jest na przykład możliwość odpisania od podatku tej kwoty pomnożonej przez miesiące, w których przynajmniej jeden rodzic był zatrudniony. To przede wszystkim zakończyłoby żerowanie permanentnie bezrobotnych na wspomnianych frajerach. Podam inny przykład rozwiązania problemu, które to rozwiązanie jest  praktykowane u naszych zachodnich sąsiadów. Tam do złożenia wniosku o zasiłek zwany Kindergeldem jest uprawniony rodzic, który przepracował co najmniej pół roku. W chwili, kiedy w systemie pojawi się informacja, że stosunek pracy wygasł, zasiłek zostaje automatycznie zawieszony. Jeśli dostarczy się zaświadczenie o zatrudnieniu, ponownie jest on uruchomiony. Wystarczy, że jeden rodzic pracuje i odprowadza podatki. I uważam, że jest to uczciwe wobec społeczeństwa. Ponadto powinna funkcjonować kontrola (nawet wyrywkowa) służąca sprawdzeniu, na jakie cele rodzice przeznaczyli świadczenie - na zajęcia dodatkowe, kino, ubrania, buty, pomoce naukowe, kolonie, umożliwienie zdalnej nauki właśnie, zabawki edukacyjne czy na utrzymanie całej rodziny, w tym dorosłych, zdrowych, młodych osobników.
   Dziś dowiedziałam się, że mądre głowy na górze w całej swej roztropności postanowiły ograniczyć dostępność bonu turystycznego i że nie będzie on przysługiwał pracownikom o dochodach nieprzekraczających określonej kwoty, lecz... dzieciom. Pomijam to, że nie będzie to obiecane 1000+, lecz kolejne 500+. Tak na marginesie, ten tysiak byłby bardziej na miejscu, biorąc pod uwagę spadek realnej wartości pieniądza zjadanego przez inflację. Ale nie bądźmy pazerni jak władza. Proponowany bon wzbudził wiele kontrowersji, na dowód czego pod artykułami na ten temat pojawiły się pełne żalu i goryczy wpisy internautów. Mają oni dość zrzucania się na rodziny z dziećmi i na jakiekolwiek benefity. Nie dlatego, że część z forumowiczów nie korzysta z żadnego bonusu, lecz dlatego, iż nie chcą, żeby ktoś z ich podatków finansował kiełbasę wyborczą. Poza tym nie stać nas na to jako społeczeństwo. Niektórzy ludzie w swej naiwności nie dostrzegają tego, że jedną ręką pobierają jakieś profity, a drugą oddają je z nawiązką. Nie przekonuje mnie odbijanie piłeczki w postaci słów: "A co dała PO?". Ja nie chcę, żeby ktoś mi coś dawał. Chcę, żeby podatki odprowadzane z moich ciężko zarobionych pieniędzy popłynęły wreszcie w kierunku poprawy funkcjonowania służby zdrowia, edukacji, ochrony środowiska, bezpieczeństwa innego niż to, które jest w stanie zapewnić NSR. Jeśli nie będzie mnie stać, żeby wyjechać na wypasione wakacje, to tak jak to drzewiej bywało, pojedziemy pociągiem pod namiot (Mamo, te nasze skromne wyjazdy były wspaniałe), nie będziemy stołować się w restauracjach, ale spędzimy wspólnie czas, bo chyba o to najbardziej chodzi - mieć dla siebie czas i wykorzystać go w inny sposób niż pasienie się na plaży lub przy basenie hotelowym, co w obecnych czasach stało się wyznacznikiem luksusu.
   Świadczenie wychowawcze (500+), trzynastka dla emerytów, emerytura+ dla matek co najmniej czworga dzieci, bon turystyczny, wyprawka szkolna (300+) oraz masa zasiłków odwiecznie wypłacanych przez MOPS-y... Ile jeszcze suwenirów będą finansować podatnicy? Powtórzę - podatnicy. Nie państwo. Nie premier ani rząd. Nie istnieje coś takiego jak "jarkowe", "mateuszowe" czy "andrzejowe". Owszem są andrzejki, ale to naprawdę nie to samo. W czasie andrzejkowych wróżb można podobno poznać przyszłość, ale nie da się wyprodukować pieniędzy, tak jak to  obecnie robi NBP. A nie potrzeba wróżb z lanego wosku, by przewidzieć, że los naszych dzieci i wnuków będzie marny, gdyż będą zmuszone do spłacania długu publicznego, który wydaje się być monstrualną, wirtualną wartością, lecz stanie się namacalnym brzemieniem. Pamiętam moment, kiedy do publicznej wiadomości została podana informacja o spłaceniu długów zaciągniętych w czasach komuny. Było to okupione wieloma wyrzeczeniami. Nie chciałabym tego dla kolejnych pokoleń. Już stoimy na krawędzi. Jeszcze chwila i z kieszeniami wypchanymi bonami i nic niewartą forsą skoczymy prosto w przepaść.
   

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty