Czego naprawdę potrzebujemy?
Oglądałam kiedyś niemiecki film dokumentalny pt. "Wie viele Dinge brauchen wir wirklich?", który przedstawiał trzyosobową rodzinę poddaną pewnemu eksperymentowi, polegającemu na tym, że pozbawiono ją absolutnie wszystkich rzeczy z domu, a następnie sukcesywnie oddawano te, które każda osoba uznała za niezbędne. Mąż, żona i nastoletnia córka najpierw mogli zachować tylko ubrania, które w chwili rozpoczęcia akcji, mieli na sobie. Spali na podłodze, nie posiadali żadnych sprzętów, urządzeń, naczyń, niczego. Po bodajże kilku dniach mogli poprosić o zwrot jednej rzeczy. Każdy dokonał swojego niezależnego wyboru. Córka chciała odzyskać szampon do włosów, matka materac, ojciec (już dokładnie nie pamiętam) chyba kołdrę albo T-shirt na zmianę. I tak pomału, tydzień po tygodniu, wyciągali z wielkiego samochodu dostawczego kolejne, potrzebne ich zdaniem, elementy wyposażenia domu. Przez ten czas pełen niewygód radzili sobie z przygotowaniem jedzenia, dotarciem do pracy, brakiem telefonu, Internetu i telewizji oraz sporą ilością wolnego czasu. Oczywiście, jak łatwo było przewidzieć, ostatecznie doszli do wniosku, że tak naprawdę niewiele potrzebują do codziennej egzystencji. Po eksperymencie pozbyli się większości drobiazgów, sprzętów, ubrań i innych gratów zapełniających przestrzeń.
Dlaczego o tym piszę? Sama jestem teraz w podobnej sytuacji. Siedzę na przysłowiowych kartonach, których nie ważę się otwierać. Z powodzeniem umiem obyć się bez ich zawartości. Obecnie noszę na zmianę dwie pary dżinsów, cztery bluzy, kilka koszulek i parę sztuk bielizny oraz skarpet. Podobnie rzecz się przedstawia w przypadku reszty członków rodziny. Nie prasuję ubrań, bo gdy je ładnie złożę, nie są aż tak strasznie pogniecione, więc żelazko stoi bezczynnie w pudełku schowanym w szafie. Nie gotuję wymyślnych dań, żeby nie używać zbyt wielu naczyń i garów. Zresztą nie odczuwam takiej potrzeby, by jeść codziennie jakieś frykasy. Mam mniej sprzątania, bo wszystko jest zapakowane, więc odpada wycieranie kurzu z wielu przedmiotów i mebli. Nawet nie podejmuję prób szukania jakiejś dupereli - staram się wymyślić coś zastępczego. Zajmuję małą przestrzeń. Obiektywnie mam niewiele rzeczy, a dochodzę do takiego wniosku, przyglądając się stanowi posiadania przez różnych ludzi, których odwiedzam. Gdy tak sobie nieraz patrzę na ich mieszkania, od razu przychodzi mi do głowy myśl: "Gdyby musieli się przeprowadzać, przeżyliby horror".
Od wielu lat hołduję zasadzie "mniej znaczy lepiej". Regularnie robię remanent w klamotach i ciuchach. Zanim cokolwiek kupię, zastanawiam się, czy tego potrzebuję. Przy pakowaniu dokonałam jeszcze bardziej bezlitosnej redukcji. Na dźwięk słów: "A może kiedyś się przyda..." dostaję gęsiej skórki. Dobrze wiem, że na 99,9% nigdy to coś się nie przyda i po kilku miesiącach zapomnę, że coś takiego w ogóle mam. Nie ulegam też modzie. Staram się kupować meble oraz inne sprzęty o uniwersalnym wyglądzie i zastosowaniu . Jeśli już chcę dorzucić coś modnego, są to dodatki, które kiedyś mogę bez problemu zmienić. W nowym lokum na pewno nie położę na ścianach żadnych trwałych elementów dekoracyjnych, takich "na czasie". Znowu zwycięży prostota. Wszystko przemija. Moda również i to szybciej, niż zdążymy się do nowego dizajnu przyzwyczaić. Przede wszystkim kładę nacisk na funkcjonalność, rozsądną cenę (nie chcę jakiegoś badziewia, ale nie sięgam po towary z tak zwanej "wyższej półki"), skromną i spokojną estetykę (potrzebuję wyciszenia), pomieszczenia, w których można odetchnąć pełną piersią, a nie obijać się o rupiecie. W moim domu musi znaleźć się miejsce na książki. Dużo książek. Bez nich czułabym się nieswojo. Pewnie dlatego ta kategoria przedmiotów zajęła największą liczbę kartonów, które pakowałam i pakowałam... Jednocześnie pragnę zaznaczyć, iż nie mam oporów przed pożyczaniem swoich czytelniczych zasobów i cieszę się widząc, że dana książka nosi ślady użytkowania. Książki muszą żyć i być czytane. W przeciwnym razie nie spełniają swej funkcji.
Myślę, że tak naprawdę potrzebujemy niewiele, tylko często dajemy sobie wmówić, że jest wręcz odwrotnie. Przekonują nas do tego liczne reklamy i choć wiemy, że ich twórcy skrupulatnie wykorzystują rozmaite techniki wywierania wpływu na ludzi, dajemy się nabijać w butelkę. Dochodzi do tego presja społeczna, nakazująca wzięcie udziału w konkursie na najfajniejszy dom, najciekawszy image, najzajebistszą furę. A tymczasem prawda jest taka, że takie prześciganie się działa destrukcyjnie nie tylko na nas, ale i na relacje z innymi, na niszczone bez opamiętania środowisko, na naszą sytuację finansową. Przez chęć udowadniania komuś, że jest się kimś przez duże K, niejeden popadł w kłopoty zdrowotne, frustrację, długi i dał się błędnie zaszufladkować przez otoczenie. Nie ma sensu budowanie poczucia własnej wartości na czynnikach zewnętrznych, do których zalicza się między innymi rzeczy materialne czy możliwości finansowe. To bywa bardzo złudne i może prysnąć jak bańka mydlana. Nie można dać się zmanipulować współczesnym trendom wskazującym, jak żyć, mieszkać, co jest miarą sukcesu albo co jest w dobrym guście, a co passè. Cieszę się, że coraz częściej zauważalni są ludzie głoszący pochwałę prostego życia, minimalizmu i dążenia do wewnętrznej harmonii, a nie zawału serca, wylewu czy zalania żółcią.
Pazerność ludzka nie zna granic, ale to my sami jesteśmy odpowiedzialni za ich wyznaczenie. Gdyby ktoś poddał Was takiemu eksperymentowi, o którym pisałam na początku, o zwrot jakiej rzeczy poprosilibyście w pierwszej kolejności? Wyobraźcie sobie, że macie na sobie jeden komplet ubrań, a w łazience tylko mydło do utrzymania higieny. Nic więcej. Poza tym otaczają Was gołe ściany i podłogi. Macie limit na zakupy i możecie kupić tylko żywność. Czego potrzebujecie? Hę?



Śpiwór 😉
OdpowiedzUsuńMyślę, że to też byłby mój wybór, gdyż nie wyobrażam sobie marznąć w nocy, a zmarzluch ze mnie straszny...
UsuńCiepłe skarpety, nie znoszę marznąć w stopy.
OdpowiedzUsuń