Złudzenie normalności
Czuję, że muszę pisać, a jednocześnie nie bardzo wiem o czym. Chciałabym zanurzyć się w kolejną książkę Artura Perez-Reverte, a mimo wszystko nie potrafię się skupić. Chciałam kontynuować naukę języka angielskiego, jednak jedyne na co mnie stać to powtórki tego, co już miałam na lekcjach. Niemiecki, który zgłębiam nieustająco, przydaje mi się teraz w całkiem prozaicznych sprawach, takich jak sporządzanie licznych pism urzędowych dla mojego faceta. Słucham wiadomości na Deutsche Welle, czytam artykuły, oglądam filmiki podsyłane mi przez system w telefonie. Niestety większość zawiera słowa: „...wegen Coronavirus... blablabla”.
W pudle, które włączam
tylko rano i wieczorem, główne dwa tematy krążą oczywiście wokół wirusa, a w
jego tle wyborów prezydenckich. Dane liczbowe dotyczące tego pierwszego tematu
coraz bardziej zasmucają, zwłaszcza, że każdy rozgarnięty człowiek zdaje sobie
sprawę, iż należy je pomnożyć. Bóg raczy tylko wiedzieć przez ile. Jeśli chodzi
zaś o kwestie wyborcze, to należy przyznać, że kreatywność partii rządzącej nie
zna granic, więc niczego nie można być pewnym, niczego z góry zakładać i raczej
przyjąć do wiadomości, że nasze zdanie i tak nikogo u góry nie obchodzi. Nie ma
sensu zatem się denerwować i niszczyć tym samym swojego zdrowia, o które w
obecnej sytuacji szczególnie trzeba dbać. Wiem jedno – ani ja, ani nikt z mojej
rodziny i przyjaciół nie weźmie udziału w żadnej farsie planowanej na
dziesiątego maja bieżącego roku.
Jestem
rozstrojona nerwowo. Nawet nie zamierzam żartować, co zwyczajowo czynię, gdy
działam pod wpływem stresu. Trochę pomaga mi konieczność panowania nad
pakowaniem manatków i organizacją przewózki, co nie jest łatwe tak w ogóle, a
teraz to szkoda gadać. Chciałabym już siedzieć na tych kartonach w mieszkaniu
przejściowym i odliczać czas do wyjazdu na drugi koniec kraju. Byleby już mieć
ten etap za sobą. Wiele rzeczy bym chciała, ale jak moje doświadczenie życiowe
nieraz pokazało, rzadko dostaje się to, czego się pragnie. Przeważnie pojawiają
się jakieś komplikacje i nie zawsze miłe niespodzianki.
Chyba
zacznę częściej odwiedzać mój ulubiony sklep monopolowy. Nie w celu zakupu
alkoholu, gdyż tego mam akurat pod dostatkiem. Mój facet lubi mieć różne trunki
głównie po to, by cieszyły oko, gdy otwiera się barek. Uznałam, że teraz trzeba
uszczuplić jego zapasy. Przecież nie będziemy dźwigać tylu flaszek w trakcie
przeprowadzki. Czasami brakuje mi tylko dodatku w postaci toniku, Sprite’a albo
Coli. I wiecie co? Lata mi to koło tyłka, że to niezdrowe napoje,
wysokokaloryczne, słodkie. Ponadto Colą można czyścić kibel i odrdzewiać rury,
więc łatwo sobie wyobrazić, co dzieje się w żołądku. Ale jak to się ma do
zagrożenia, jakie niosą za sobą jakieś cholerne wirusy - mutanty czy stany
nerwicowe związane z ciągłym poczuciem niepokoju, ilekroć człowiek spotyka
drugiego człowieka w sklepie czy na klatce schodowej. Dlatego sama sobie
zaordynowałam wypicie od czasu do czasu drinka. Dla zdrowotności. Cóż począć,
skoro (cytując klasyka) „świat na trzeźwo jest nie do przyjęcia”. Dziś w menu
gin z tonikiem i limonką. Pychota.
Jutro
spakujemy kolejne kartony. Powysyłamy pocztą ważne dokumenty. Odbiorę maile i
odpiszę na nie. Przewieziemy następną część bambetli. Poprasuję, popiorę, z
grubsza posprzątam, żeby mimo resztek swojego dobytku czuć się nadal jak w domu.
Jeszcze tylko dwanaście tygodni będę mieszkać w mieście, które znam od
urodzenia. Potem zacznę nowy etap. Ale to dopiero jutro i za kilkanaście
tygodni. Dzisiaj siedzę sobie na kanapie, popijam napój regeneracyjny i
delektuję się złudzeniem normalności.



Komentarze
Prześlij komentarz