List do Kurki

   

   Nie umiem ujmować uczuć tak subtelnie jak Ty, Kurko z kosmosu. Ja co najwyżej powiem, że mam gulę w gardle, że mnie od środka rozpierdala, że we łbie kołacze się tysiąc myśli i milion wątpliwości. Tak już jestem skonstruowana, Droga Kurko. Wiem, że bardzo dbasz o to, aby język giętki, tudzież pióro, by rzekły wszystko, co pomyśli głowa. Mój język jest poplątany, a głowa, jak wyżej pisałam, to łeb. Ale to to jeszcze nic. Nie potrafię wyartykułować emocji i uczuć na głos. Takie upośledzenie. Taka moja uroda, jak mawiają nieraz lekarze, gdy borykają się z postawieniem diagnozy.
   A muszę Ci coś wyznać. Nie jest mi ostatnio łatwo. Problem goni problem i sama już nie wiem, czy to aby nie konieczność, dar z niebios, że kiedy za bardzo martwię się o coś, to nagle spada na mnie nowy ciężar. Dla odwrócenia uwagi od tego, co jeszcze przed chwilą mną wstrząsało i nie pozwalało spokojnie spać w nocy ani uciąć za dnia drzemki po nocnym przewracaniu się z boku na bok. A następnie kolejna wolta i znowu inne bolączki i troski. Nie wiem czy gorsze są przyziemne zmartwienia, takie jak komplikacje mieszkaniowe, czy osobiste, które dotykają strasznie wrażliwych strun. Można się pogubić. Właśnie tak się czuję - jak w jakimś labiryncie z licznymi pułapkami, zapadniami, nagle wyskakującymi ze ścian urządzeniami do zadawania bólu.
   Choć jestem raczej delikatnej postury, ludzie postrzegają mnie jako silną osobę. W ogóle mnie to nie pociesza. Znam siebie i zdaję sobie sprawę z własnej sprawczości i mocy, jednak gdzieś głęboko nadal jestem tą wrażliwą dziewczyną, ukrywającą wiele tajemnic, która niechętnie dzieli się nimi z innymi ludźmi. Nie lubię się użalać, stękać i marudzić. Wysłuchuję cierpliwie ludzkich zwierzeń i jestem proszona o rady, co mnie czasem onieśmiela. Nie przejmuję się opiniami i ocenami mnie dotyczącymi. Potrafię wiele znieść, wytrzymam różne niewygody, jestem dobrze zorganizowana, jednym słowem mówiąc, posiadam mnóstwo atrybutów silnej kobiety. Ale jestem tym już potwornie zmęczona. Tym cholernym bohaterstwem. 
   Chciałabym od czasu do czasu być całkowicie niebohaterska, mazgajowata i księżniczkowata. Żeby ktoś inny przejął inicjatywę, wziął odpowiedzialność, powiedział: "Nie martw się, ja się tym zajmę", "Obiecuję, to się więcej nie powtórzy" (i rzeczywiście dotrzymuje obietnicy), "Wiem, co sprawia Ci przykrość, więc nie będę tego czynić" (i nie czyni). Niestety życie wybija mi z głowy takie fanaberie i nie daje możliwości wyjścia z roli, która chyba została mi przeznaczona. Tak więc pozostaje mi zacisnąć zęby, przełykać ślinę przez ściśnięte gardło, wydmuchać zasmarkany nos i iść do przodu. Do tyłu nie można, a szkoda. Z drugiej strony majstrowanie w przeszłości mogłoby przynieść opłakane skutki. Kiedyś oglądałam film pt. "Efekt motyla". Żadne z alternatywnych przekierowań losu nie okazało się idealne. Kiedy nie mam na coś wpływu, mawiam: "No trudno". Mamy jedno życie, a czas płynie coraz szybciej (czy Twój mąż - fizyk potrafi to wyjaśnić?). Myślę, że obie jesteśmy już przynajmniej na półmetku swojego żywota. Ty wracasz do historii z rysowaniem tatuaży, ja wracam do źródeł. Do domu. Nieustannie tego samego, w którym przywdziałam tę zbroję bohaterki, a która to zbroja mnie uwiera, jest winna wielu otarć i stała się za mała. Nie jestem w stanie jej zrzucić.
   Czy rozumiesz mnie Kurko z kosmosu? Masz pojęcie, jak to jest, gdy okazuje się, że to właśnie ty jesteś szewcem, co to bez butów chodzi? 

Komentarze

Popularne posty