Koronawirusowy egzamin dojrzałości

 
Znalezione obrazy dla zapytania: odrabianie lekcji wkurzony rodzic
 
   Wyjaśniła się kwestia barierek na pobliskim ryneczku. Otóż, wprowadzono ograniczenia dotyczące liczby osób jednocześnie przebywających na terenie targowiska. Przy wejściu stoi pan w maseczce, rękawiczkach i z butelką płynu dezynfekującego. Każdy klient bez dyskusji dostaje psik na dłoń i pod czujnym okiem cerbera musi dokonać obowiązkowej ablucji. Gdy weszłam do budynku, w którym na co dzień pracuję, również przywitała mnie pani portierka wyposażona w podobny zestaw. No, no... Nie powiem, zrobiło to na mnie wrażenie. 
   Ale wróćmy do ryneczku. Byłam świadkiem i uczestniczką rozmowy na temat funkcjonowania szkół w tych trudnych okolicznościach. I tak jak przypuszczałam, pani sprzedawczyni, nie pierwszy zresztą raz, wylała swoją żółć na nauczycieli, zaś inna klientka akurat wykazała się wyrozumiałością. Ta pierwsza była pod wrażeniem telekonferencji, której próbkę widziała gdzieś w pudle i uznała, że tak właśnie powinno teraz wyglądać nauczanie. Że belfer ma siedzieć i cierpliwie tłumaczyć ponad dwudziestoosobowej klasie, co i jak każdy z osobna ma robić. A nie wysyłać przez ten cholerny dziennik elektroniczny, którego notabene ona nie cierpi, kolejne zadania, linki i numery stron w podręczniku. 
   Pani klientka zaznaczyła, iż nie ma akurat pretensji do nauczycieli, gdyż to nie ich wina, że wszyscy - zarówno oni, jak i uczniowie, znaleźli się w takiej niekomfortowej sytuacji. Ubolewała jedynie nad tym, że jej własne dzieci tłuką się i kłócą o dostęp do komputera czy drukarki. Żywi ona jednak nadzieję, że cała trójka dotrwa do końca tego wirusowego szaleństwa bez zadawania sobie wzajemnie ran ciętych, kłutych i szarpanych. 
   Jestem matką nastolatka, który także jest zmuszony do nauki w systemie zdalnym lub ów system imitujący. Wygląda to różnie. Niektórzy jego nauczyciele są naprawdę kreatywni i domyślam się, ile kosztuje ich wynajdywanie różnych, ciekawych form wyjaśnienia skomplikowanych zagadnień. Dołączają filmiki, zdjęcia zadań wykonywanych krok po kroku wraz z komentarzem, prezentacje itp. A to wszystko okraszone słowami otuchy i podlane odrobiną poczucia humoru. Owszem, zdarzają się i wiadomości ograniczone do krótkiego polecenia typu: "Na podstawie podręcznika str. taka a taka, sporządź notatkę o tym i tamtym". I koniec, kropka. Na szczęście moje dziecko jest bardzo samodzielne i ogarnięcie wszystkich dzisiejszych poleceń zajęło mu dwie godziny. Mam świadomość, że nie każdy małolat jest taki jak mój syn i potrzebuje pomocy ze strony często zagubionych oraz poirytowanych rodziców. Cała ta sytuacja nasunęła mi kilka spostrzeżeń.
   Po pierwsze - Rodzice Kochani! To prawda, nie jesteście od tego, by wyręczać nauczycieli. To prawda, że większość z Was nie pamięta materiału ze szkoły. Nie każdy ma tyle cierpliwości, by przez chwilę wcielić się w nieznaną sobie do tej pory rolę. Ale weźcie pod uwagę, że dla belfrów to także nowa sytuacja. Żaden rząd dotychczas nie zainwestował w rozwój technologiczny szkół. W wielu placówkach jest jeden komputer na całe grono. Brakuje nawet tuszu w drukarkach i papieru ksero. Nie we wszystkich salach, jeśli nawet jest sprzęt, internet hula aż miło. Nie było i nie ma na nic pieniędzy. Dlatego wszyscy przeważnie korzystają z własnych, prywatnych urządzeń. Obecnie także, a przecież też mają dzieci, które chcą dorwać się w końcu do komputera, by odrobić swoje lekcje. 
   Po drugie - Jakby nauczyciel się nie starał, zawsze ma dupę z tyłu. Jeśliby przez ostatnie dni niczego nie zadawał, nic nie przesyłał, padłoby tradycyjne już oskarżenie, że jest nierobem i pasożytem społecznym. Jak już zaczął zadawać, wymyślać i zawracać głowę swoimi pomysłami - okazuje się, że chyba całkowicie oszalał i że dzieci nie mają takiej zdolności przerobowej. Dyrekcja dostaje niejasne wytyczne z góry. Nauczyciele od dyrekcji nieprecyzyjne wskazówki, które następnego dnia są anulowane i zastępowane innymi. Kuratorium przyjmuje liczne zażalenia rodziców i śle gromy na dyrekcję, a ta wiadomo... niżej, czyli znowu na nauczycieli. Rodzice w wiadomościach dokładają swoje skargi. I tak oto belfrzysko dostaje kopy z każdej strony. W najlepszym położeniu są lewusy. Mają gdzieś skargi i zażalenia, nie wysilają się zanadto, wychodząc z założenia, że i tak dostaną po łbie. Przynajmniej w ich przypadku słusznie, co też przyjmują ze spokojem i zrozumieniem oraz pełną akceptacją. 
   Nie dajmy się zwariować. Jeżeli rzeczywiście coś jest niejasne i niezrozumiałe, zawsze można grzecznie poprosić belfra o wyjaśnienie. Nauczmy swoje dzieci samodzielnej pracy, nie wyręczajmy ich. Być może zrobią coś niedokładnie, dłużej się nagłowią, ale zrobią to same. Niektórym trzeba pomóc, co w przypadku naszej rodzicielskiej amnezji szkolnej nie jest łatwe. Sama czuję się jak półgłówek, gdy patrzę na zadania z fizyki czy chemii. Ale wychodzę z założenia, że to mój syn chodzi do szkoły i na bieżąco jest z materiałem, a nie ja. Niech zatem w porozumieniu z bystrzejszymi kumplami, wspólnie rozpracowują co trudniejsze tematy. Tak to kiedyś działało, gdy i ja byłam uczennicą. Ja pomagałam kolegom z przedmiotów humanistycznych, oni mnie ze ścisłych. 
   Zamiast nawzajem obrzucać się błotem, postarajmy się zachować spokój i obopólny szacunek. Lepiej ze sobą współpracować niż kłócić się i stawiać zarzuty o brak kompetencji czy dobrej woli. Zgoda buduje, niezgoda rujnuje, A przecież chodzi tu głównie o uczniów, którzy są obecnie w tym układzie najbardziej poszkodowani. Nie pomoże im brak porozumienia. Nikt nie wie, jak długo to potrwa. Jest to dla wszystkich egzamin dojrzałości. Nie otrzymamy żadnego świstka, ale sami możemy wystawić sobie ocenę opisową, będącą wyznacznikiem stopnia opanowania umiejętności radzenia sobie w stresujących i nowych sytuacjach. Jest to jeden z ważniejszych punktów, ujmowanych w curriculum vitae, które często składamy, starając się o pracę. Zastanówmy się zatem, na ile uczciwie umieszczamy lub umieścilibyśmy taką adnotację w wymienionym dokumencie...

Komentarze

Popularne posty