Byleby tylko nie ocipieć

Dziś nastąpił przełomowy moment. Przez kilka ostatnich dni wyznawałam zasady: slow life, no waste, no make up, no kisses, fuck off everybody oraz no sex, drugs but of course rock and roll. Jednak nadszedł moment otrzeźwienia i gdy spojrzałam w lustro, doszłam do wniosku, że moja uroda, która sama w sobie obroniłaby się... na bezludnej wyspie, dłużej nie jest w stanie bronić się w cywilizowanym świecie. Zatem sięgnęłam po podkład, tusz do rzęs i błyszczyk, aby podrasować swój koronaimage. Ponadto w celu zdobycia świeżych owoców i warzyw udałam się na pobliski ryneczek. Zawsze to lepsze miejsce niż sklep - tak sobie pomyślałam. I koniec z dresami! Wyjęłam z szafy nowy płaszczyk oraz szal wiosenny, przeczesałam rude kudły i żwawym krokiem udałam się na łowy.
Na ryneczku zatarasowano trzy wejścia. Nie pojmuję wprawdzie w jakim celu, gdyż z tego co mi wiadomo, wirus ich nie ominie ani nie zatrzyma się posłusznie przed barierką. Nad straganami, na słupach powieszono kartki z informacją o konieczności zachowania odpowiedniego odstępu, o dopuszczalnej liczbie osób w kolejce nieprzekraczającej trzech oraz o tym, iż towar podaje sprzedawca. Jako zdyscyplinowana klientka oczywiście stanęłam we właściwej odległości i cierpliwie czekałam, aż dwoje ludzi przede mną dokona zakupu. Mężczyzna grzecznie mówił, czego potrzebuje, sprzedawczyni mu podawała. Z kolei następna pani, lekceważąc nakaz, kręciła się po straganie, brała do ręki różne towary, odkładała, mieszała, gmerała, czym mnie strasznie irytowała. Nikt z obsługi nie zwrócił jej uwagi. Gdy nadeszła moja kolej, powiedziałam, czego potrzebuję, a ekspedientka dała mi przyzwolenie, bym sama sobie wybrała produkty. Zdumiona wskazałam na kartkę widniejącą na słupie. Ona machnęła ręką. Wówczas nie wytrzymałam i łagodnie zauważyłam, że klientka przede mną dotknęła chyba wszystkiego, co można było pomacać i skąd pewność, że jest ona zdrowa? Po cóż zatem ta kartka informująca, że w trosce o zdrowie klientów... i tak dalej. Facet za mną skonstatował, że ludzie są niereformowalni i dopóki problem nie dotknie kogoś bezpośrednio, to ma on w głębokim poważaniu wszelkie zasady. Coś w tym jest...
Wróciłam do domu z niejaką niechęcią. Ileż można przebywać z tymi samymi osobami? I psem? To bardzo ciężka próba dla wielu rodzin, w tym mojej. Pozwolę sobie nie wchodzić w detale naszej codziennej koronoegzystencji, lecz krótko podsumuję - ja chcę do pracy. Takiej zwykłej, nie zdalnej. Do ludzi. Człowiek to zwierzę stadne. Stado nie oznacza tylko i wyłącznie najbliższej rodziny. Odosobnienie jest przyjemne, ale nie za długo. Zawsze w kryzysowych sytuacjach budzi się we mnie błazen. Obracam w żart różne problemy, robię psikusy, wymyślam głupie wierszyki i piosenki, wdaję się w ironiczno-śmieszne dyskusje. Dziś błaznowanie się skończyło. Obecnie nie bawią mnie już memy, nagrania, przeróbki utworów. Większości nawet nie otwieram. Humor zdecydowanie poprawił mi tylko filmik z żelowymi misiami, z których jeden przy mikrofonie udawał Freddiego, zaś pozostałe miśki stanowiły fanów Queen. To akurat było dobre.
W domu czekała na mnie niespodzianka. Awaria. Brak wody w kranie. Odłożyłam toboły i ruszyłam do sklepu, którego nigdy nie dotknie żaden globalny kryzys - do monopolowego. "Mój" monopol posiada wiele zalet, a najważniejsza spośród nich jest taka, iż od czasu, kiedy wprowadzono zakaz handlu w niedziele, jest on zaopatrzony prawie we wszystko. Ostatnio, wracając w niedzielę z moim facetem od babci, rzekłam: "Chodź jeszcze po drodze po mleko", na co on zaśmiał się i przypomniał mi, jaki mamy dzień tygodnia. Spojrzałam na niego pobłażliwie i dodałam: "Mleko można kupić w monopolowym". Zrobił głupią minę. Do monopola po mleko??? To przechodzi wszelakie pojęcie przeważającej liczby mężczyzn. A ja wam powiem więcej - w "moim" sklepiku jest chlebuś, bułka tarta, cukier, śmietanka, słoiki z gotowymi daniami dla zdesperowanych, no różne produkty oprócz tych pierwszej potrzeby dla ludzi w potrzebie, czyli wódki, piwa i wina czy zwykłych jaboli. Ostatnimi czasy, z wiadomych względów, brakuje jedynie spirytusu. Jedni wykupili go, aby móc rozrobić i dezynfekować chałupy, inni by zabawić się w Kanę Galilejską. Aktualnie spirytu ni ma, ponieważ gdy tylko się pojawia, znika w tempie szybszym niż papier toaletowy. Dziś poleciałam po wodę w baniakach. Potem mój facet poszedł dokupić jeszcze trochę, gdyż sprzedawca ostrzegł, iż "coś poważnie jebło i nie wiadomo, jak długo potrwa naprawa". I ponownie ów przybytek zyskał w moich oczach. Poza tym pan sprzedawca ma koło kasy płyn do dezynfekcji rąk, którego używa po kontakcie z gotówką. Monopolowy to sklep nad sklepami. Bez dwóch zdań.
Postanowiłam, że pora wrócić do bardziej dynamicznego trybu życia. Od jutra będę biegać z psem. Zintensyfikuję naukę języka angielskiego. Tradycyjnie codziennie będę czytać i słuchać tekstów po niemiecku. Muszę znowu zacząć ćwiczyć pilates, gdyż działa on pozytywnie nie tylko na ciało, ale i na duszę. Wywlekę rower z piwnicy i rozpocznę sezon wiosenny. Skończyłam czytać książkę Kazuo Ishiguro, teraz czas na dzieło Arturo Perez-Reverte. To oczywiście nie wszystko. Pudło będę włączać raz dziennie, aby wiedzieć, jak się sprawy mają. Skupię się na rzeczach, na które normalnie nie mam czasu albo siły. Brzmi jak postanowienie noworoczne, a to zwyczajnie postanowienie kryzysowe, mające zapobiec rozmamłaniu i skapcanieniu. Wszystko, byleby nie ocipieć. Bo ocipienie znacząco obniża odporność organizmu, a zachowanie jej w dobrym stanie to teraz priorytetowa sprawa.


Komentarze
Prześlij komentarz