Niech powstaje nowa kolekcja...
Moja piwnica, jak każda zapewne, kryje wiele tajemnic. W starym segmencie na wysoki połysk od lat schowane były rozmaite ślady przeszłości, których do tej pory było mi żal się pozbyć. Jednak nadszedł ten dzień, w którym postanowiłam zrobić małą selekcję i rozstać się bezpowrotnie z niektórymi rzeczami. I tak oto dotarłam do pudeł ze starymi listami, pocztówkami, rachunkami i... pamiętnikami. Oczywiście nie omieszkałam do nich zajrzeć. Sprzątanie miało zająć mi może godzinkę, góra dwie. Jak łatwo się domyślić, potrwało zdecydowanie dłużej. Zanurzyłam się we własnych opisach zdarzeń, które już dawno temu mój mózg usunął ze swoich zakamarków. Tak mi się przynajmniej wydawało. Przy okazji muszę przyznać, iż od dziecka miałam zacięcie do barwnego relacjonowania, opisywania ludzi, sytuacji czy miejsc. Gdy czytałam te zapiski, odżyły wspomnienia. Dawni przyjaciele, kumple i przelotni znajomi stanęli znowu przed moimi oczami. Jednocześnie doszłam do wniosku, że mimo ogólnie rzecz biorąc niełatwej rzeczywistości, w której przyszło mi dorastać, byłam typową zwariowaną nastolatką.
Największe zdumienie wywołał we mnie fakt, iż byłam nad wyraz kochliwa. Moje grono przyjaciół zasilali głównie osobnicy płci męskiej, a wśród nich, gdziekolwiek się pojawiłam - czy to na wakacjach, czy to w szkole, czy u cioci na wsi - zawsze znajdował się jakiś adorator. Niestety zazwyczaj swoje uczucia lokowałam w kimś zupełnie innym, kto - jak to zwykle bywa - nie odwzajemniał ich. Miłość czy zakochanie to jednak trudna sprawa. Zwłaszcza między podlotkami. Najbardziej rozbawiła mnie lista moich wielbicieli, która to lista zawierała także legendę wyjaśniającą to, jak istotna była dana znajomość. Serduszko, jak wiadomo, oznaczało wysoki level. Krzyżyk... no cóż... też wiadomo - definitywna, nieodwołalna dyskwalifikacja. Były tam jeszcze jakieś inne znaki ikonograficzne, ale już mniej ważne. Zaskoczyło mnie także to, że niektóre imiona i nazwiska nic mi nie mówiły. Kim u licha był Darek R. albo Jacek W.??? A nie stał przy nich krzyżyk, więc to nie byli tacy tam pierwsi lepsi kumple, z którymi co najwyżej mogłam szwendać się po dachach garaży czy rozpalać ognisko nad rzeką. Za Chiny Ludowe nie wiem, nie mogę sobie przypomnieć.
Wśród rupieci wygrzebałam stare albumy ze zdjęciami. I kolejny raz wpadłam w konsternację. Ta mała pućka, spalona przez słońce, w poszarpanych spodenkach i trampkach - to ja??? Moja przyjaciółka, której pokazałam fotki, najnormalniej w świecie mnie nie poznała. Cóż... jako nastolatka byłam typowym, nie do końca rozwiniętym motylem, co zupełnie nie stanowiło bariery w nawiązywaniu kontaktów i mimowolnym gromadzeniu wokół siebie męskiego audytorium. Mam masę zdjęć z fantastycznymi chłopakami, z którymi można było konie kraść. Dodam, że gdzieś tam pojawiały się nieliczne dziewczyny, na przykład Aga A. (Agnieszka prześlę Ci kopię naszej fotki z koncertu, na którym trzymałaś mnie na barana, choć nie wiem, jak dałaś radę w ten sposób jeszcze szaleć przy ostrej muzie). Na biwaku jedliśmy z jednej puszki konserwy, szaleliśmy na basenie odkrytym, popijaliśmy piwko leżąc pokotem na śpiworach (Mamo, nic nie mów. Mimo wszystko zawsze byłam bardzo rozsądna).
Nie boję się jasno stwierdzić, że były to zajebiste czasy. Granie na gitarze, śpiewanie piosenek, robienie głupich kawałów, psocenie się wrednym babsztylom nienawidzącym młodzieży (szkoda, że nie mają do czynienia z dzisiejszą - może by doceniły naszą ówczesną niebywałą kulturę i ogładę). Każdy z nas miał swoje problemy szkolne lub rodzinne, ale jakoś potrafiliśmy sobie wzajemnie pomóc, wesprzeć i dodać otuchy. Otaczałam się ludźmi, dla których nieistotne były wartości materialne, zaś szpan wzbudzał poczucie żenady. Byliśmy bardzo samodzielni, gdyż tak nas ukształtowało życie i wiele sytuacji, w które rodzice nie ingerowali zajęci swoimi sprawami i walką o przetrwanie w trudnej rzeczywistości Polski Ludowej, a potem w okresie transformacji. Nie było srajfonów, odjechanych gier i konsol, samochodów na osiemnastkę, kieszonkowego, miliona gadżetów chuj-wie-po-co. Być może dzięki temu mieliśmy czas na kontakty niewirtualne tylko rzeczywiste. I ciche serc drżenie, pisanie listów, czytanie odpowiedzi, zakochiwanie się w kimś, rozmowy w cztery oczy, z kimś z kim zjadło się beczkę soli, kto był przy nas i nieraz podał pomocną dłoń.
Cieszę się, że nie wyrzuciłam starych pamiętników czy zdjęć. Ludzka pamięć szwankuje, robi kawały i jest niedoskonała. Dzięki ich zachowaniu, spojrzałam na dawną siebie z zupełnie innej perspektywy. Przypomniałam sobie, jak trudno być młodym człowiekiem, jak ciężko zmagać się z wielką niewiadomą otchłanią przyszłości, z byciem uzależnionym od decyzji dorosłych, z poczuciem, że wielokrotnie nie wiadomo, jak postąpić. Szkoda, że wielu dorosłych nie może lub nie chce zajrzeć w swoją przeszłość i naprawdę głęboko zastanowić się nad sobą, nad drogą, którą już przebyli, by znaleźć się w miejscu, w którym obecnie się znajdują oraz nad tym, jak wiele czynników miało wpływ na ich osobowość i charakter. Z pewnością nie wszystkie doświadczenia należały do miłych czy zabawnych, jednak uważam, że każde zdarzenie czy przeżycie jest potrzebne. Nieraz psioczymy, że los nas bardzo ciężko doświadcza. Rodzi się przy tym poczucie niesprawiedliwości, krzywdy, żalu, że to akurat nas dotyczy. Z drugiej strony patrząc, można jednak dojść do wniosku, że gdyby nie trudy życia, nie bylibyśmy dzisiejszym sobą. Nie wiedzielibyśmy tego, co dziś wiemy i rozumiemy. Nie mielibyśmy dystansu do wielu spraw, którymi inni strasznie się ekscytują.
Doświadczony człowiek to nie tabula rasa, lecz gęsto zapisane stronice. Czasami życie boli. Ale mimo wszystko warto żyć nawet dla krótkich chwil szczęścia. Nie wierzę, że istnieje ktokolwiek, kto choć raz nie był szczęśliwy. Zacytuję słowa piosenki jednego z moich ulubionych zespołów, których słucham od lat: "W życiu piękne są tylko chwile". Wiem aż za dobrze, że to święta prawda i dlatego celebruję każdy piękny moment i... znowu cytat: "Łapię chwile ulotne jak ulotka, ulotne chwile łapię jak fotka...".
Przeszłość nas tworzy. Można ją wspominać z sentymentem, można odrzucić, schować, zrobić z niej użytek lub nie. Najważniejsza jest jednak teraźniejszość, gdyż tylko na nią mamy realny wpływ i to ona buduje przyszłość. Dlatego, choć życie tu i teraz to trudna sztuka, warto się jej uczyć. Często dopiero później, z perspektywy lat, patrząc na zdjęcia, dochodzimy do wniosku, że to właśnie wtedy byliśmy tacy szczęśliwi, młodzi i piękni. Nie lepiej byłoby to dostrzec właśnie w danym momencie? Zauważyć, ile dobra otrzymujemy właśnie teraz. I nie skupiać się zanadto na tym, co będzie jutro, za miesiąc, za dziesięć lat. Dlatego staram się codziennie zastanowić nad tym, za co DZISIAJ mogę być wdzięczna, co dobrego mnie spotkało. A jeśli doświadczyłam trudności, popełniłam błąd - jakie wnioski mogę wyciągnąć z tych sytuacji.
Patrząc na stare zdjęcia, zastanawiałam się, czy chciałabym cofnąć czas. Doszłam do wniosku, że nie. Nie chciałabym znowu mieć naście lat, wkraczać w dorosłość, borykać się znowu z tyloma problemami. Mam to już za sobą. Teraz mam zupełnie inne możliwości, mam większą sprawczość i wpływ na swoje życie, jestem bardziej świadoma swojej wartości, znam siebie lepiej, choć nadal się siebie uczę. Ponadto posiadam o niebo głębszą wiedzę, umiejętności i... spokój wewnętrzny. Zdjęcia niech sobie leżą w pudełku. A tymczasem niech powstaje nowa kolekcja...



Ekstra wpis 😉
OdpowiedzUsuńDziękuję 😊
Usuń