Psisko łobuzisko...



   Niekiedy przychodzi taki czas, kiedy marzymy o tym, by dany dzień, tydzień, miesiąc, a nawet rok skończył się wreszcie. Uważamy przy tym, iż wszelkie problemy po nadejściu upragnionego końca, w jakiś magiczny sposób zwyczajnie znikną. Otóż, nic takiego przeważnie się nie zdarza. Nierozwiązane problemy pozostają, a my po prostu musimy się z nimi uporać. Nikt za nas tego nie zrobi. Niemniej jednak warto dać sobie prawo do choćby chwili odpoczynku, namysłu i opracowania planu dalszych działań.
   Wczoraj był ten dzień. Kolejny już w mijającym ciężkim, męczącym i dającym ostro w kość tygodniu. Nie dość, że musiałam być długo w pracy, miałam naradę, zajęcia sportowe, to jeszcze w moje wyczerpanie psychofizyczne miał swój wkład mój pies. Wczoraj chciałam być miłą, dobrą panią i od razu po pracy udałam się z Plamą na spacer nad rzekę. W związku z tym, że nie było wokoło żywego ducha, spuściłam ją ze smyczy. Jakże się psisko ucieszyło! Nareszcie po okresie rekonwalescencji po zabiegu sterylizacji, moja sunia mogła sobie swobodnie pohasać. Aż się uśmiechałam pod nosem, widząc te jej harce. Jednak miłe złego początki.
   Najpierw na horyzoncie pojawił się facet z innym psem i Plama, jak to ma w zwyczaju, którego nie mogę jej oduczyć, przyczaiła się i z brzuchem przy ziemi, pomału zbliżała się do niespodziewanego towarzysza. Gdy podeszła, pomachała ogonkiem, dała się obwąchać, by oczywiście po chwili zaatakować. Właściciel się zdenerwował i odegnał agresywną sukę. Zdążyłam podbiec i zapiąć ją na smyczy. Poszłyśmy dalej. Wystarczająco daleko, by Plama zdążyła zapomnieć o zaistniałym incydencie. Zdecydowałam się znowu puścić ją wolno. Biegała sobie, skakała, szusowała pośród traw i krzaczorów. W końcu zniknęła w zakamarkach wokół kamienicy przeznaczonej do wyburzenia. Nie reagowała na moje wołanie. Z daleka zauważyłam, że zaczęła się tarzać, a następnie coś żreć. Rzuciłam się biegiem w jej kierunku. Nie dałam rady jej złapać, bo ta cwana bestia uciekała niczym rączy jeleń. Nie pomagały miłe nawoływania (choć do głowy przychodziły mi same mordercze myśli). Nie pomagało pokazywanie patyka, żeby odwrócić jej uwagę. Ta mała, biała gnojówa jakby oszalała! Kręciła wokół mnie kółka jak w jakimś amoku! W końcu pobiegła z powrotem na miejsce uprzedniej uczty, znowu się wytarzała i zniknęła w krzakach.
   Przyznam, że puściły mi nerwy i mimowolnie poleciały mi łzy. "Co się stało z moim ukochanym pieskiem?" - pomyślałam. Nie miałam pojęcia, dlaczego ona się tak zachowywała. Tak jakby opanował ją zupełnie instynkt, który całkowicie wykasował w jej łepetynie wszelkie zabiegi socjalizacyjne, komendy, których konsekwentnie jej uczyłam. Usiadłam na ławce i poczułam frustrację, rozczarowanie i... bezradność. Prawdę mówiąc, przez moment nie obchodziło mnie, gdzie podziewa się to wredne psisko. Chciałam z powrotem moją psinkę, która owszem - łobuzuje, ale nigdy nie przekracza wytyczonych granic. Szybko jednak zwyciężyła troska o zwierzaka i zaczęłam się za nią rozglądać. Gdzieś w oddali mignęła mi biała, czworonożna postać. Postanowiłam iść w kierunku domu. Wiem, że ona mnie obserwowała i mimo wszystko zawsze stara się mieć mnie w zasięgu swojego wzroku. W końcu przybiegła i jak gdyby nigdy nic, merdała ogonkiem i chyba czekała na pochwałę.
   Spojrzałam na nią z wyrzutem i przypięłam do smyczy. Trzymałam ją krótko przy nodze i zdecydowanym krokiem szłam do domu. Po drodze kupiłam jej kaganiec zapobiegający pożeraniu przez psy różnych resztek z ziemi oraz... kup. Plama po tarzaniu cuchnęła odchodami niewiadomego pochodzenia. Oczywiście za długo nie nacieszyła się swoim wyczynem, gdyż po spacerze powędrowała prosto pod prysznic. Potem próbowała być agresywna i obszczekała mnie z góry na dół, a oprócz tego chciała ugryźć. Moja cierpliwość została wyczerpana do zera. Posłałam ją "do siebie", czyli do kojca, w którym musiała przebywać dobrą godzinę, zanim ochłonęłam i zaczęłam racjonalnie myśleć.
   Zadzwoniłam do koleżanki, specjalistki od psów, która mnie uspokoiła i w sprawie tarzania się (za przeproszeniem) w gównach, jak i w kwestii ich zjadania przez psy (bleee…). Podobno kupa, zwłaszcza ludzka, to dla psa zapach tak fascynujący jak dla człowieka drogie perfumy, a jej smak to rarytas jakich mało. Obrzydza mnie to do tego stopnia, że nie zamierzam tolerować tych wykwintnych psich upodobań. Przede mną kolejne wyzwanie trenerskie - nauczyć Plamę spokojnego przechodzenia obok innych psów oraz przychodzenia do mnie na komendę niezależnie od tego, jak wielkie kupsko a'la Coco Channel leży w zaroślach.
   Ja się tak łatwo nie poddaję. O, nie! Poczytałam podrzucone książki o wychowywaniu psa, zasięgnęłam rady specjalistki i jakby to powiedzieć... Plama, moja panno, nie ze mną te numery! Jeszcze będziesz mi jadła z ręki. I twoje oczka oraz słodkie minki nie są w stanie mnie odwieść od wdrożenia programu naprawczego w nasze relacje.
PS Na zakończenie tego koszmarnego dnia Plama wygrzebała śmieci ze śmietnika.

Komentarze

Popularne posty