Czas pożegnać wróbla...
Chyba każdy boi się zmian. Takich radykalnych,
które często oznaczają brak możliwości powrotu na stare śmieci lub możliwość ta
jest bardzo ograniczona. Boję się. Wewnątrz mnie mieszkają dwie osobowości - ta
"hej do przodu", przebojowa, gotowa do wyzwań i ta druga - lekko
speszona, tchórzliwa, zachowawcza. Często mówię do siebie: "No nie bądźże
taką dupą wołową i chociaż raz zrób coś mega szalonego". I już, już jestem
nakręcona, już się w duchu nastrajam do bitwy wszech czasów, do walki o lepsze jutro,
o wykonanie spektakularnej wolty, już przystrajam się w wojenne barwy (wszak
życie to jedno wielkie pole bitewne)… i zaczynam robić krok w tył. Hola, hola,
moja droga pani... A czy zastanowiłaś się, jakie to może przynieść
konsekwencje? Niekoniecznie miłe, niekoniecznie takie, jakich się spodziewasz.
No pomyślałaś, przemyślałaś i przeanalizowałaś na pewno wszystkie
"za" i "przeciw"? Gdzie twój rozsądek? Gdzie racjonalne
podejście, chłodna głowa i trzeźwość umysłu?
I znowu staję w rozkroku, by po chwili
przestawić tę nogę, którą byłam po drugiej, nieznanej stronie, z powrotem na
ten znany i bezpieczny obszar. Trudno jest mi wyjść ze strefy komfortu, do
którego zdążyłam się przyzwyczaić. Jest takie niemieckie powiedzenie:
"Über den eigenen Schatten springen", co
znaczy: "zdobyć się na coś, pokonać w sobie jakieś
ograniczenia". Przeciwieństwem jest: "Lieber den Spatz in der Hand
als die Taube auf dem Dach", czyli "lepszy wróbel w garści niż gołąb
na dachu". No i weź tu bądź mądry, człowieku... Biję się z myślami. Choć z
każdym dniem coraz mniej. Ileż można dumać i dumać.
Najzabawniejsze jest to, że kiedyś
marzyłam o tym, modliłam się o to, a teraz, kiedy staje się to realne i
właściwie przypieczętowane danym słowem, obleciał mnie strach. Z drugiej
strony, tak bardzo pragnę tej zmiany. Chcę, żeby pewne okoliczności, zdarzenia
i decyzje, które zachodzą gdzieś poza moją świadomością, sprawiły, że ten
odważny krok stanie się po prostu zwyczajną koniecznością, puzzlem pasującym do
układanki mojego życia. O cóż chodzi? O przeprowadzkę na drugi koniec kraju.
Przeflancowaniu się i zapuszczeniu tam korzeni. Nie będzie łatwo na tej
częściowo obcej, górzystej, twardej glebie.
Należę do narodu, który nieraz
musiał wędrować, tułać się po świecie, jednak finalnie przeważnie wracał
do domu, do swojej wsi lub miasta. Polacy nie są przyzwyczajeni do zmiany
miejsca zamieszkania, pracy, sposobu egzystencji. Lubią ciepełko i raczej swój
własny kąt w określonym miejscu. Obce nam jest poszukiwanie zatrudnienia w zupełnie
innym mieście. Zazwyczaj wolimy siedzieć tu, gdzie się urodziliśmy i
wychowaliśmy niż skusić się na obce miejsce, dające dużo większe możliwości lub
przynoszące coś nowego. Młodsze pokolenie uczy się bycia nomadem, lecz już nieco
starsze boi się. Tak jak ja.
Mówię sobie: "Babo, przecież ty
zawsze osiągasz to, czego chcesz. Prędzej czy później realizujesz swoje plany.
Nie jesteś w ciemię bita, poradzisz sobie". I postanowiłam tego się
trzymać. Jeśli nie spróbuję, być może będę żałowała. W końcu życie może być
fascynującą przygodą lub nudnawą wegetacją. Gdy pomyślę sobie o tym, gdzie
chciałabym być za dziesięć, dwadzieścia lat, to dochodzę do wniosku, że na
pewno nie w tym punkcie, w którym jestem teraz. Chciałabym kiedyś móc opowiadać
wnukom swoje niezwykłe perypetie, a nie marudzić bez końca o chorobach i pluć
sobie w brodę, że nie skorzystałam z tylu szans podsyłanych mi przez los.
Jestem zwolennikiem teorii, że na wiele rzeczy nie mamy wpływu, ale wiele
jednak od nas zależy. Zawsze jest kilka dróg przed nami. I to my decydujemy,
jaki obierzemy kurs. Nie chcę być dupą wołową. Wybieram tego cholernego gołębia
na dachu. Wróbla czas pożegnać.



wer wagt, gewinnt Emi. Będzie nam ciebie brakowało...
OdpowiedzUsuńNo no, widzę, że koleżanka poznaje tajniki niemieckiego... 👏
OdpowiedzUsuń