Najważniejsze, by dziecko stanowiło byt osobny



  Przed kilkoma dniami skończyłam czytać debiutancką powieść Zadie Smith pt. "Białe zęby". Niesamowita książka! Nie można jej połknąć. Trzeba się nią delektować, bardzo skupić na treści, gdyż obfituje w liczne dygresje dotyczące historii, procesów społecznych i wewnętrznych przeżyć bohaterów. Kiedyś, dawno temu czytałam inną powieść tej autorki - "Swing time", która również zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jest to jedna z niewielu zagranicznych współczesnych pisarek, których dzieła znajdują się na mojej półce. Przeważnie sięgam po polskich twórców, ale akurat Smith zwyczajnie mnie zauroczyła.
   Pośród licznych trudnych zagadnień podejmowanych przez autorkę, został ukazany konflikt pokoleń, przepaść między dziećmi a rodzicami, którzy są pierwszym pokoleniem imigrantów. Oczekiwania względem dzieci, wychowanych w obcym dla ich rodziców kraju, są nierealne. Ojcowie i matki chcieliby, by ich córki i synowie kultywowali tradycje przodków, lecz rzeczywistość w europejskim, ogromnym molochu, jakim jest Londyn, wyklucza taką ewentualność. Jednak abstrahując od tych konkretnych, opisanych w książce sytuacji, uderzyło mnie jedno - rozczarowanie, jakie tkwi w rodzicach, których dzieci żyją własnym, nieodpowiadającym wielowiekowej tradycji życiem. Jeden z bohaterów artykułuje to nawet jasno i wyraźnie. Jest głęboko dotknięty tym, że jego synowie - ani ten ambitny i mądry, ani ten zbuntowany i nieposłuszny - nie spełniają jego marzeń i oczekiwań. Są jak dwie skrajności, dwa totalne przeciwieństwa, ale żaden nie jest idealnym muzułmaninem tak, jak by tego chciał ich ojciec.
   I na to właśnie zwróciłam szczególną uwagę. Dorośli decydując się na dziecko, snują w głowie misterny plan jego życia. Obmyślają szczegółowo, jakie ono będzie, do jakiego przedszkola, a potem do jakiej szkoły będzie uczęszczać. Oczywiście będą to placówki wypuszczające spod swych skrzydeł same genialne jednostki. Oczywiście dziecko będzie poliglotą, astrofizykiem, fenomenem matematycznym, erudytą, a przy tym mistrzem sportu. Następnie wkroczy dumnie w podwoje najlepszych uczelni wyższych, dzięki którym zdobędzie właściwe wykształcenie, umożliwiające mu podbicie rynku pracy i to nie tylko rodzimego. A dalej wiadomo - ślub, dzieci, piękny dom z ogrodem... Mrzonki mają się jednak nijak do realnego świata. Prawda jest taka, że choćbyśmy nieraz pękli, nasze dziecko może być kimś, kto nas wielokrotnie zaskoczy, zasmuci, rozczaruje, zszokuje i zwyczajnie załamie. Nie zawsze jest to nasza tak zwana "wina", choć z moich obserwacji wynika, że wielu rodziców popełnia kardynalne błędy wychowawcze. Z drugiej strony, z własnego doświadczenia wiem, że tych błędów nieraz nie sposób uniknąć. Po prostu nie ma idealnych rodziców, tak jak i nie ma idealnych dzieci. Myślę, że należy przyjąć do wiadomości, że prędzej czy później przychodzi taki moment, kiedy zdamy sobie sprawę, iż nasze dziecko to nie my. To człowiek OSOBNY. Odrębny. Nie matka. Nie ojciec. On czy ona to ktoś inny.
   Każdy uczy się na błędach. Uważam, że porażki, potknięcia są potrzebne dla rozwoju. Należy pozwolić dzieciom ich doświadczyć. Nie wolno od najmłodszych lat usuwać każdej przeszkody na ich drodze, wyręczać we wszystkim, tłumaczyć i świecić oczami dla poprawy ich wizerunku. Trzeba dać im zaznać konsekwencji różnych czynów, nawet kosztem łez i poczucia wstydu. Niech się uczą życia, niech wiedzą, że obok są rodzice, którzy pomogą, gdy zajdzie taka potrzeba, ale niech czują, że to ich życie i ich decyzje. Z kolei sukces, na który sami zapracują, będzie o wiele lepiej smakował niż ten niezasłużony, wydeptany przez kogoś innego.
   Pamiętam czasy, kiedy ja stawiałam pierwsze kroki w dorosłość. Były to do bólu samodzielne kroki. Nieraz patrzyłam ze skrywaną zazdrością na znajomych, którzy otrzymywali od rodziców mieszkania, wyposażenie tychże mieszkań, samochody, drogie prezenty, mieli załatwione po znajomości posady. Nigdy nie spędzała im snu z powiek wizja niedostatku i strach o jutro. Jednak teraz, po wielu latach dochodzę do wniosku, że dobrze się stało, iż musiałam być niezależna i zaradna. Nigdy nie osiągnęłam niczego dzięki protekcji. Musiałam ciężko pracować i uczyć się, by znaleźć się w punkcie, w jakim się obecnie znajduję, by być tym, kim jestem. Być może choć częściowo spełniłam oczekiwania rodziców. Być może bardzo oddaliłam się od stylu życia, wiary czy poglądów, które były mi wpajane od dzieciństwa. Być może jeszcze zmienię się tak, że nie będę przypominać siebie z dziś.
   Mam dorastającego syna. Fascynująca jest możliwość obserwowania go, tego, jak się przepoczwarza z larwy w pięknego motyla. Doszukuję się w nim cząstki siebie, cząstki jego ojca, naszych przodków. Podobno gena się nie wydłubie ;) Stanowi on ciekawą mozaikę. Zaczyna mieć swoje zdanie, przekonania i szuka dowodów na ich poparcie. Nie jestem matką wariatką, ale sądzę, że ma zadatki na mądrego człowieka, który będzie potrafił pokierować swoim statkiem. A ja nie będę kazała mu zawracać z kursu, który obejmie. Niech płynie po szerokich wodach i ewoluuje. Nie będę się modliła o to, żeby omijały go sztormy i niesprzyjające wiatry. To młody, silny mężczyzna. Poradzi sobie. Najważniejsze, by był OSOBNY.

Komentarze

  1. To jest proces dwustronny- nikt tak jak własne dziecko nie mobilizuje do określenia własnych granic. Bo jak dać komuś przestrzeń do rozwoju, jeśli się samemu nie rozpostarło skrzydeł?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie powiedziane, Kurko z kosmosu, pięknie powiedziane...

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty