Feministka - co to za stworzenie?
Już od dawna nie zastanawiałam się nad tym, jak właściwie postrzegane są feministki. Zdaję sobie sprawę z tego, że określenie "feministka" posiada raczej pejoratywne znaczenie. Nie sądziłam jednak, iż nadal pokutuje tyle mitów na temat kobiet, walczących o swoje prawa, że nadal są im przypinane różne łatki i czynią to ochoczo zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Najzabawniejsze są pełne oburzenia opinie pań, które czasami zupełnie nieświadomie korzystają z praw i możliwości wywalczonych, wydrapanych pazurami przez te straszne feministyczne potwory. Warto przypomnieć chociażby, że do 1918 roku w Polsce kobiety nie posiadały praw wyborczych. Przed II wojną światową większość dam nie parała się żadną zarobkową pracą. Oczywiście reprezentantki nieuprzywilejowanych warstw społecznych zasuwały, aż się kurzyło. Zaś zadbane damulki "dbały" o dom, dzieci, wydawały przyjęcia i starały się zadowolić męża, a to wszystko dzięki całemu sztabowi służących, niań i kochanek, będących na każde skinienie jaśnie państwa. Nie każdej jednak odpowiadało życie paprotki, ozdoby i istoty uznawanej przez świat mężczyzn za głupszą, wyposażoną w upośledzony i niezdolny do nauki mózg oraz źródło zepsucia moralnego, doprowadzającego facetów do obłędu i zarazem spychającego na dno piekła po śmierci. Dlatego najpierw skromna grupa kobiet, stopniowo poszerzająca swe szeregi, postanowiła zaprzeczyć wszelkim stereotypowym wyobrażeniom na ich temat i zbuntowała się, wywołując w społeczeństwie święte oburzenie.
Pierwsza fala feminizmu w Polsce sięga początków dziewiętnastego wieku. Potem następowały kolejne, mniej lub bardziej nasilone fale, które do dnia dzisiejszego starają się wpłynąć na zmianę mentalności społeczeństwa. Pierwsze postulaty dotyczyły prawa kobiet do edukacji (!), równouprawnienia na polu zawodowym, a co odważniejsze hasła głosiły konieczność zrównania praw kobiet i mężczyzn w każdej sferze życia. Następnie walczono o prawa wyborcze, świadome macierzyństwo, możliwość korzystania z antykoncepcji, legalizację aborcji, prawo do swobody obyczajowej równej mężczyznom i nienapiętnowanie kobiet za zachowania, za które mężczyźnie nie spadłby nawet włos z głowy. Wiele z tych haseł znalazło swoje odzwierciedlenie w odpowiednich aktach prawnych, wiele traktowanych jest obecnie jako "oczywista oczywistość". Bo któż ośmieliłby się stwierdzić, że kobiety nie powinny się kształcić lub głosować w wyborach? Również niewielu powie, że dziewczyna rozpoczynająca aktywność seksualną przed zawarciem sakramentalnego związku małżeńskiego to nieszanująca się dziwka, jednocześnie nie mając nic przeciwko temu, żeby chłopak skakał z kwiatka na kwiatek. Swoją drogą, ciekawe, jakby tenże młodzieniec gromadził doświadczenie bez owych kwiatków ;) Współcześnie stosowanie antykoncepcji, mimo żarliwego sprzeciwu środowisk bliskich kościołowi katolickiemu, jest dużo bardziej akceptowalne społecznie niż kilkadziesiąt lat temu. Znam przypadki matek, które same zaprowadzają swoje córki do ginekologa, by ten zapisał im odpowiednie środki zapobiegające niechcianej ciąży.
Niestety nie wszystkie problemy zostały całkowicie wyeliminowane. Nadal kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni pracujący na tych samych stanowiskach. Często ścieżka awansu zawodowego jest dla kobiet drogą przez mękę i wymaga wielokrotnie większego poświęcenia, często kosztem zdrowia, a także życia prywatnego i rodzinnego. Ciągle pokutuje przekonanie, że owszem - kobieta ma prawo pracować, ale powinna umieć pogodzić obowiązki wynikające z pracy z tymi domowymi. Pracodawcy chętniej zatrudniają młodych mężczyzn niż młode kobiety. Z jednej strony słychać płacz, że jest niski przyrost naturalny, z drugiej młoda kobieta to w oczach potencjalnego szefa nieopłacalny pracownik, gdyż już na rozmowie kwalifikacyjnej pracodawca widzi ją z ogromnym bębnem, który może pojawić się za dziewięć miesięcy, a potem z obsmarkanym niemowlakiem wydobytym z tegoż bębna. Często zdarza mi się słyszeć, że dziewczynka powinna pomagać w domu, być grzeczna, ładna i się szanować (wiadomo, co to oznacza), zaś chłopak jak to chłopak (też wiadomo...), musi połobuzować i za wiele nie można od niego oczekiwać. Jeśli już trafi się jakiś brylant, to rozbrzmiewają teksty: "Chłopak, a jaki grzeczny...", "chłopak, a jak pomaga matce nieść zakupy - brawo!", "Chłopak, a jak pięknie pisze...". Kobiety zajmują się starzejącymi się rodzicami częściej niż mężczyźni. Przecież do tego między innymi zostały predystynowane, co nie? Kto to widział, żeby facet podcierał matce tyłek, karmił ją albo zmieniał pampersa.
Rozumiem, że wiele zmian wymaga dużo czasu. Bardzo dużo czasu. Nie rozumiem natomiast ograniczonego pojmowania feminizmu ani kreowania fałszywego obrazu feministek. Wielu ludzi myśli (i mówi), że to są niespełnione, niechciane kaszaloty, bezdzietne i wredne babska, lesby, lafiryndy co rusz zmieniające facetów, mało kobiece i sfaceciałe stworzenia nieznające rozkoszy wypływającej z seksu. Otóż, to wszystko bzdury. Jestem feministką, a mam pełną rodzinę. Ba! Jestem od wielu lat z tym samym chłopem! Mam dziecko. Jedno, gdyż świadomie nie powiększaliśmy naszej rodziny. Regularnie kocham się i uważam swoje życie intymne za bardzo satysfakcjonujące. I nieskromnie dodam, że kaszalotem nie jestem. Nie można przykładać tej samej matrycy do wszystkich i tworzyć w swojej wyobraźni miliardów jednakowych egzemplarzy. Wiele feministek jest pięknych, inteligentnych i szczęśliwych. Nawet bez faceta czy dzieci u boku.
Mało tego - wśród znanych Polek można znaleźć zagorzałe feministki, które również nie odpowiadają stereotypowemu obrazowi. Kojarzycie Marię Konopnicką - autorkę znanej pieśni pt. "Rota" oraz wielu utworów dla dzieci? A Elizę Orzeszkową czy Narcyzę Żmichowską? Trochę mniej znaną Irenę Krzywicką? Zofię Nałkowską, Marię Pawlikowską-Jasnorzewską, Marię Skłodowską-Curie? Znacie. A kojarzycie Tadeusza Boya-Żeleńskiego? Tak, mężczyźni też bywają feministami. Mój osobisty facet również określa siebie tym mianem, czym, notabene, zyskuje w moich oczach. Zanim jakiś narodowiec, skrajny prawicowiec, dumnie wypinając pierś, zacznie śpiewać "Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród...", niech zważy, iż Konopnicka była nie dość, że feministką, to jeszcze lesbijką i przez wiele lat żyła z kobietą w trwałym związku. Tak, tak... Zanim którykolwiek mężczyzna zechce widzieć kobiety tylko przy garach i dzieciach, ewentualnie w kościele, niech się dobrze zastanowi - czy taka kobieta, również za dziesięć, dwadzieścia lat, będzie jego heroiną, dla której stracił głowę. Czy będzie jego godną partnerką do rozmów, wspólnego spędzania czasu i czy będzie ona z nim, bo tego CHCE, czy dlatego, że nie miałaby się gdzie podziać i za co żyć, gdyż przez całe życie była od niego uzależniona finansowo.
To nie jest łatwy temat. Trochę się rozpisałam, ale poleciałam na fali tego, co ostatnio usłyszałam od pewnej kobiety, w której słowach było sporo pogardy i ironii wobec feministek. Feministek, które niejednokrotnie maszerowały, rozkładały parasolki, by mogła ona studiować, pracować i żyć tak, jak tego pragnie. By nikt nie ograniczał jej wolności obywatelskiej, nie traktował instrumentalnie, nie zmuszał do ról społecznych, których ona nie chce pełnić. By żaden mężczyzna nie decydował za nią w żadnej kwestii. By była w pierwszej kolejności traktowana jak człowiek, a nie jak kobieta, która ma spełniać cudze oczekiwania.




Komentarze
Prześlij komentarz