Przychodzi baba do lekarza... i czeka
Padłam ofiarą okropnej grypy. Na szczęście ogólnej, że się tak wyrażę, a nie żołądkowej. Na samą myśl o żołądkowej robi mi się słabo. Żołądkową to ja akceptuję, ale wódkę i to gorzką. Grypę nie. Tak więc zmogło mnie choróbsko nagle i podstępnie. Po pracy w poniedziałek powzięłam postanowienie, że jeśli stan mojego rozkładu myśli i samopoczucia będzie się pogarszał, rano następnego dnia wybiorę się do lekarza.
Poszłam.
Odebrałam w rejestracji swój numerek i udałam się w stronę korytarza, na końcu którego znajdował się gabinet. Na poczekalni oczywiście był tłum w przeważającej części złożony z ludzi starszych, siedzących w niejakim napięciu, gotowych do startu w każdej chwili.
- Dzień dobry, kto z państwa ma numerek piąty? - zapytałam.
Odpowiedziała mi cisza i uciekający wzrok oczekujących.
- Czyli nikt? - znowu rzuciłam pytanie. - W takim razie kto ma numerek czwarty?
- W środku jest numerek czwarty - łaskawie odparła młoda kobieta.
- A piątego nie ma? To super, bo ja mam szósty, czyli zaraz wchodzę - rzekłam uradowana.
Spojrzenie babć siedzących na ławeczce miało chyba na celu szybkie unicestwienie mnie. Tak mnie się przynajmniej wydawało. Stanęłam obok drzwi gabinetu i cierpliwie czekałam, choć czułam, że zaraz padnę. Ciekło mi z nosa, z oczu płynęły łzy - wierne towarzyszki kataru i ogólnie prezentowałam się fatalnie. Miałam to jednak głęboko... wiadomo gdzie. Skupiłam się tylko na tym, by wejść, dać się zbadać, dostać zwolnienie i doczłapać się do domu, w którym czekało na mnie rozgrzebane łóżko. Znaleźć się jak najszybciej w łóżku - to był cel zasadniczy. I gdy już, już nieomal witałam się z gąską... Przyszedł numerek piąty! W myślach ciskałam nieładnymi słowami, a nawet bardzo wulgarnymi. Tym "numerkiem" była pani w podeszłym wieku. "No to mam przesrane" - pomyślałam. Jak ja nie cierpię pań w podeszłym wieku, które czekają na wizytę u lekarza.
Jedna taka pani drugiej pani narzekała na wszystkie choroby, które ją nękają. Tamta równie żywo licytowała się z nią. Myślałam, że mi łeb pęknie. Inna z głupim uśmiechem stwierdziła, że swoje trzeba odczekać, żeby znaleźć się oko w oko z lekarzem. Na co ja nie wytrzymałam i powiedziałam, że gdyby każdy pacjent krótko i rzeczowo przedstawił, z czym przychodzi i nie traktował wizyty jako okazji do pogaduszek, to czekanie znacznie by się skróciło. Byłam gburliwa i niemiła, bo się do cholery źle czułam, w przeciwieństwie do energicznych staruszek, odsztafirowanych jak stróż w Boże Ciało i całych gotowych na taką gratkę jak spotkanie z innymi na poczekalni oraz długa rozmowa z panią doktor, notabene też już niemłodą. Kaszlałam, kichałam, czym dodatkowo odstraszyłam towarzystwo. Przez chwilę zapanowała błoga cisza.
Przyszła kolejna osoba, tym razem młoda blondyna, która bardzo się zdziwiła taką chmarą ludzi na korytarzu.
- A co pani by tak chciała od razu wejść. Swoje trzeba odsiedzieć. My tu wszyscy długo czekamy - nieco złośliwie przemówiła jedna kobieta i dodała: - Ja tu siedzę od wpół do ósmej, proszę panią.
Zerknęłam na nią, to znaczy na tę, co przed momentem przyznała się do własnej głupoty. Bo kto siedzi od wpół do ósmej i czeka, gdy wizytę ma nie prędzej niż o dziewiątej??? Gdy się rejestrowałam, otrzymałam jasny przekaz, że z moim numerkiem wejdę około dziewiątej, a ta kobieta miała wejść po mnie. Zawsze podana jest prawdopodobna godzina przyjęcia. Nie wiem, na co ona liczyła. Na co liczą wszyscy męczennicy płaszczący tyłki na poczekalniach od wczesnych godzin rannych mimo tego, że mają dalsze numerki. Że ktoś ich wpuści, że może ktoś nie przyjdzie i im się uda być przyjętym prędzej? Ja rozumiem starszych ludzi, że nie mogą dospać, że szukają kontaktu i lezą do lekarzy, żeby sobie z nimi pogadać, a przy okazji pogadać też z czekającymi. Ale w takich chwilach, kiedy ledwo trzymam się na nogach, mam ochotę skrócić ich męczarnie wynikające z samotności. I to ostatecznie.
Moja wizyta trwała dziesięć minut. W tym czasie zostałam zbadana, lekarka przeprowadziła niezbędny wywiad, wypisała lekarstwa i dała skierowanie na badania oraz wpisała w kartotekę długość zwolnienia. Wyszłam. Współczująco zerknęłam na tę młodą blondynę. Przed nią był tabun staruszek, włącznie z tą, która siedziała od wpół do ósmej, a było już przed dziesiątą. No to pewnie odbiła sobie to długie oczekiwanie na swoją kolej...


w slangu lekarzy na takie staruszki mają skrót: TJCh, czyli "Tako jestem choro..."
OdpowiedzUsuń