Od przybytku głowa mnie boli... I to bardzo
To miała być spokojna sobota. Bez pośpiechu, napięć i żadnych przymusowych prac. Faceci wstali o kosmicznej godzinie, czyli szóstej rano (kto normalny, mając wolne, wstaje w weekend o szóstej rano???), zaś ja miałam w planie umyć choć dwa okna, posprzątać w szufladach w kuchni, ogarnąć chlewik pod zlewem i porządnie wyczyścić ekspres do kawy. Czyli zająć się tym, na co przeważnie nie mam czasu ani ochoty. Wszystko przebiegało zgodnie z moimi oczekiwaniami. Do pewnego momentu.
- Zobacz, ile ci grzybów nazbieraliśmy - oświadczył mój mężczyzna, wkraczając do domu z dumnie wypiętą piersią jakby co na najmniej upolował mamuta w dzikiej otchłani.
- O matko... - zdołałam tylko jęknąć, zobaczywszy ten urodzaj. - Czy wyście oszaleli?!
- Ale o co ci chodzi? - padło odwieczne, męskie pytanie.
- O co chodzi?! - czułam niebezpiecznie podnoszące się ciśnienie krwi. - Co ja mam z tymi grzybami zrobić???
Na podłodze w kuchni stała wypełniona po brzegi ogromna torba marketowa, wiadro i kosz.
- No na przykład krokiety, zupę grzybową albo grzybki w sosie śmietanowym... - rzucał propozycjami mój facet, nie do końca zdając sobie sprawę z nadchodzącej apokalipsy.
- Ile tych krokietów mam zrobić (i tu padło brzydkie słowo, którego pozwolę sobie nie cytować)?! Sto??? A zupy dla wojska???
- Wiesz co, to ja ci tu nazbierałem grzybków, nałaziłem się, a ty...
- Kto teraz to oczyści? - zadałam kolejne niewygodne pytanie. - I kiedy?
- Pomożemy ci... - nieśmiało odezwał się syn.
- Powiem tak - przerwałam i wzięłam głęboki oddech. - Zastanówcie się, komu ofiarujecie te swoje grzybki, bo ja nie zamierzam przez cały weekend siedzieć w garach.
- To obgotuj i zamroź. Będzie na później - inteligentnie przemówił mój facet.
- Mam pełen zamrażalnik. Wypieprzać mi z co najmniej połową tego szajsu, bo nie ręczę za siebie! - zakończyłam rozmowę, rzuciłam trzymaną przez cały czas ścierkę i poszłam do toalety, w której zamknęłam się, żeby ochłonąć, albowiem naprawdę mogłam zrobić lub powiedzieć coś, czego potem bardzo bym żałowała.
Urażeni łowcy zawieźli część leśnego bogactwa do teściowej. Cóż, może ona doceniła ich hojny gest. Ja tymczasem wzięłam się za czyszczenie, gotowanie, odcedzanie i takie tam czynności, które wykonywałam rzucając pod nosem co jakiś czas pikantnymi wyrazami. Okna czekały na inną okazję, chlewik pod zlewem również. Plan porządków nadzwyczajnych legł w gruzach.
Zawsze podejrzewałam, że mój facet w poprzednim wcieleniu przeżył albo Wielki Głód na Ukrainie lub w Chinach, albo II wojnę światową. A dzisiejsza sytuacja tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziła. Gdy proszę, żeby kupił dosłownie kilogram ziemniaków, on kupi trzy. Dwa ogórki - przynosi mi cztery. Mały jogurt naturalny - a ten wypakowuje duży, bo był w promocji. Nieistotnym staje się fakt, że w tygodniu jem obiad w pracy, Młody w szkole, a mój facet u siebie w Niemczech, więc niczego nie gotuję i kupuję tylko chleb, owoce i coś do chleba.
"Od przybytku głowa nie boli", "może kiedyś się przyda", "było w promocji", "fajnie jak lodówka pęka w szwach", "lubię mieć wybór" - gdy słyszę takie teksty, dostaję gęsiej skórki. Mnie od przybytku bardzo boli głowa, gdyż jestem minimalistką i to w każdej kwestii. Lubię umiar, porządek i niezagraconą przestrzeń. Nie cierpię marnowania jedzenia, kupowania w absurdalnych ilościach czegokolwiek, a zwłaszcza tego, czego tak naprawdę nie potrzebuję. Nie dam sobie wmówić, że koniecznie muszę coś posiadać, gdyż jestem tego warta, w tym czymś jest mi do twarzy lub to coś jest "must have". Chomikowanie jest mi bardziej obce niż ideologia dobrej zmiany.
Przede wszystkim chodzi mi o ekologię, rozsądną oszczędność, nieprzykładanie ręki do wyzysku w fabrykach, w których ludzie pracują za jednego dolca dziennie, a także o zachowanie zdrowego rozsądku. Być to nie znaczy mieć.
PS Jeśli w najbliższym czasie poinformuję, iż właśnie piszę z celi więziennej, będzie to oznaczało nie mniej i nie więcej, że ktoś w akcie dobrej woli przyniósł mi kolejny kosz grzybków, a ja dokonałam na tym kimś niedozwolonego aktu przemocy fizycznej.



też zadawałam to pytanie - "kto to wszystko oczyści"? hehehe...czyściliśmy razem i więcej już grzybków nie było :)
OdpowiedzUsuń