Gdy dziecko pyta o śmierć...
- Mamusia, a ty kiedyś umarniesz? - zapytał mnie kiedyś synek w drodze do przedszkola.
Przyznam, że trochę mnie zatkało. Skąd u takiego malucha zainteresowanie śmiercią? Doszłam jednak do wniosku, że skoro pyta, to oczekuje szczerej odpowiedzi.
- Tak, kiedyś umrę - odparłam zatem najszczerzej jak potrafiłam, przybierając jednocześnie dość swobodny ton. Śmierć nie jest lekkim tematem rozmów, ale przecież nie będę przed dzieciakiem odstawiać jakiejś tragedii w trzech aktach o tym, jakie to bolesne dla rodziny i przyjaciół.
- A ja też kiedyś umarnę? - drążył Mały.
- Tak, ty też kiedyś umrzesz.
- A ty jak umarniesz, to będziesz nadal moją mamusią?
Co za ciekawskie jajo... Bałam się jego kolejnych pytań, bo podskórnie czułam, że będą coraz trudniejsze. Jak zwykle.
- Zawsze będę twoją mamusią.
- No ale jak będziesz moją mamusią, skoro umarniesz? Gdzie będziesz?
Hm... Co by tu odpowiedzieć... Że w niebie? Bo liczyłam na to, że mimo wszystkich moich przewinień nie trafię do piekła. Uznałam, że chyba lepiej się stanie, gdy powiem, że będę sobie grzecznie (?) siedziała w niebie i przy akompaniamencie chórów anielskich...
- No gdzie będziesz? - ponaglał Mały.
- W niebie.
- Tam wysoko, w chmurach?
- Otóż to - w chmurkach.
- I będziesz mnie widziała?
- No tak! Będę sobie odgarniała rano chmurki, żeby zobaczyć, co też porabia mój synek.
- Fajnie - ucieszyło się moje małe, dociekliwe dziecko. - A jak ja pójdę do nieba, to będziesz tam na mnie czekała?
- Będę i bardzo się ucieszę, kiedy się znowu spotkamy - odpowiedziałam wesoło.
- To też fajnie... - skwitował....
... i zainteresował się czymś zupełnie z innej bajki. Najwidoczniej zaspokoiłam jego ciekawość. Nie wiem, czy był to dobry sposób na udzielenie mu odpowiedzi na nurtujące go kwestie, ale wówczas uznałam, że ta wersja będzie dla niego łagodną narracją na temat odchodzenia bliskich osób. Żadnego zbywania, kłamania, że coś takiego jak śmierć nie istnieje, a nawet jeśli istnieje, to jego mamusi nie dotyczy i mamusia zawsze będzie żyła.
Mój syn jeszcze wielokrotnie mnie zaskakiwał w najmniej oczekiwanych momentach i zadawał pytania, które wymagały niezłego refleksu, jeśli chciało się na nie sensownie odpowiedzieć. Mimo wszystko problem śmierci należał do najtrudniejszych zagadnień, które koniecznie chciał rozwikłać.
Wielu dorosłych unika wprowadzania dzieci w tak trudne obszary jak śmierć. Uważają, że nie należy dzieci zabierać na pogrzeby, gdyż to dla nich może być zbyt szokujące doświadczenie. Znam historie, kiedy rodzice podmieniali domowe zwierzątka, żeby tylko ich dziecko nie zauważyło, że jego pupil umarł. Bo po co dzieciaka zasmucać, po co ma płakać. Należy zadać sobie pytanie, kiedy w takim razie dziecko ma się dowiedzieć, że niestety każdy kiedyś odejdzie i czy naprawdę jest sens oszczędzać dziecku emocji z tym związanych? Żałoba, żal i ból po stracie najbliższych nie należy do miłych przeżyć, ale jest to nieuniknione. Warto przy tym zdawać sobie sprawę, iż oszukiwanie wywołuje w dziecku niepokój i pewnego rodzaju dysonans - dlaczego wszyscy wokół nie mówią już o ukochanej babci czy dziadku albo jeśli mówią, to mają łzy w oczach? Dlaczego nie mogę ich odwiedzić? Jak to sobie gdzieś wyjechali i w ogóle się już mną nie interesują? No i ten kotek (chomiczek, ptaszek czy inne stworzonko) to jest jakiś dziwny i zachowuje się inaczej niż dotychczas... Czy to aby na pewno Mruczuś?
Uważam, że z dziećmi powinno się rozmawiać na każdy interesujący je temat, nawet niewygodny dla dorosłych. Jeśli dziecko pyta, nie ma sensu uciekać przed odpowiedzią lub odsyłać do kogoś innego. Skoro zwraca się do nas, to znaczy, że właśnie z nami chce poruszyć dany problem. Nie jest to łatwe, ale kto powiedział, że wychowanie małego człowieka jest proste...
Pewna dziewczynka z mojego otoczenia w wieku kilku lat straciła matkę, która zginęła w tragicznych okolicznościach. Jej starsza, dorosła już siostra postanowiła zabrać małą na pogrzeb. Nie potrafię sobie wyobrazić, co przeżywało to dziecko, ale tylko w ten sposób mogło ono pożegnać się z mamą. Do dziś w symboliczny sposób odwiedza ją na cmentarzu, aby z nią porozmawiać, zachować o niej pamięć, być może poczuć jej bliskość. To ekstremalny przykład, ale z życia wzięty. Najprawdziwszego życia.
Dla mojego syna pierwszym doświadczeniem śmierci było odejście jego ukochanego zwierzątka. Nie pobiegłam szybko do sklepu zoologicznego, żeby kupić identyczną świnkę morską i okłamać go, że to jego Kuleczka. Delikatnie i z wyczuciem poinformowałam go, że świnka umarła. Mały popłakał się. Wzięłam go na kolana i przytuliłam. Jego ojciec też go mocno przytulił. Żal nam było zwierzaka, do którego się przywiązaliśmy. Kuleczka została godnie pochowana i pożegnana.
Kolejne doświadczenie tego rodzaju (o wiele bardziej bolesne) spadło na nas, w tym na nasze dziecko, jak grom z jasnego nieba. Swoista czarna seria, która była tak silnym ciosem, jakby ktoś wielką pięścią uderzył nas w splot słoneczny. W przeciągu pół roku umarli obaj dziadkowie naszego syna. Miał wówczas dwanaście lat i wiem, że choć jako nastolatek nie był zainteresowany roztrząsaniem tych zdarzeń, w głębi ducha było mu ciężko na sercu. Do dziś pamiętam, jak przed wyjazdem do domu żegnał się z jednym, bardzo chorym już dziadkiem . Idąc potem za mną korytarzem, bardziej stwierdził niż zapytał: "Ja już się z nim nie zobaczę...". "Już się nie zobaczysz" - odparłam jak zwykle szczerze. Zdążył z nim spędzić ostatnie tygodnie jego życia, zjeść ostatni wspólny obiad, ostatni raz go ostrożnie uścisnąć i powiedzieć: "Trzymaj się dziadku...". W przypadku drugiego dziadka, który nagle został zabrany do szpitala, nie miał już takiej możliwości. Dopytywał tylko o jego stan za każdym razem, gdy wracaliśmy przygnębieni z odwiedzin. Nie zapomnę jego smutnego stwierdzenia, kiedy dowiedział się o śmierci kolejnego bliskiego członka rodziny: "Już nie mam żadnego dziadka". Bolało. Byliśmy przybici i zdruzgotani. Nie ukrywaliśmy naszych uczuć i łez. Był to dla naszej trójki niezwykle trudny czas. A na "dokładkę" wkrótce umarło kolejne nasze zwierzątko i to właśnie nasz syn znalazł je rano nieżywe. W tym dniu pozwoliłam mu nie iść do szkoły. Musiał przeboleć wszystkie straty, które go dotknęły w ostatnich miesiącach. Rozmawiałam z nim o tym, co się stało. Pogodzenie się z tak trudnymi doświadczeniami zajęło i jemu, i nam sporo czasu. Wiele się nauczyliśmy. Dzisiaj wspominamy ciepło naszych zmarłych. Staramy się przywołać ze studni pamięci przeważnie zabawne historie, które przyćmiewają smutek i żal. Dopóki pamiętamy bliskich, dopóty oni żyją.
Śmierć jako część życia jest obok nas i nie ma sensu jej ukrywać przed dziećmi. Zawsze uważałam i nadal uważam, że są one mądrzejsze niż dorosłym się wydaje. Jeśli zatem zadają poważne pytania, należy je poważnie traktować, a nie opowiadać bajki z zielonego lasu, które zaburzają obraz świata. Oczywiście swoje wyjaśnienia trzeba dostosować do wieku dziecka, dlatego dawno temu przedstawiłam kilkulatkowi wersję z niebem, w którym będę rozgarniać chmurki po to, by go poobserwować. Dzisiaj dyskutujemy na zupełnie innym poziomie. Najważniejsze jednak jest to, że w ogóle mój syn nadal chce z nami rozmawiać, a nas ciągle stać na szczerość podczas tych rozmów.


Nie tylko śmierć oddziela ludzi. Już dawno miałam o tym napisać, ale zrobię to teraz...
OdpowiedzUsuń