Pszeniczne pole wszędzie wygląda tak samo...
Jestem znowu w Niemczech. Podczas tej wizyty poczułam po raz pierwszy,
że... jestem tak jakby u siebie. Nie powiem, że znam tu każdy zakamarek,
ale potrafię swobodnie się poruszać, wszystko załatwić i co
najistotniejsze - nie ogranicza mnie bariera komunikacyjna. Moi znajomi,
mój facet codziennie dbają o to, bym się nie nudziła i mogła wykazać się w trakcie codziennych wyzwań. Chodzę do banku, do firmy ubezpieczeniowej, spółdzielni, firmy oferującej usługi telekomunikacyjne i rozmawiam, wyjaśniam, załatwiam różne sprawy, piszę maile. I przyznam się sama przed sobą, że czuję się z tym fantastycznie! Coś, co kiedyś sprawiałoby, że dłonie spociłyby mi się z nerwów, teraz jest czymś naturalnym i absolutnie mnie nie stresuje. Opłacił się trud nauki języka. Jestem z siebie dumna.
A tak poza tym codziennie robię sobie wieczorne wycieczki rowerowe po okolicy. W dzień żar leje się z nieba, więc staram się szybko pozałatwiać to, co istotne, potem relaksuję się w zaciszu domowym. A wieczorkiem wynurzam się i objeżdżam miasteczko, a następnie na obrzeżach delektuję się widokiem pól, ciszą i zwyczajnością. Dobrze mi wtedy, gdy tak sobie beztrosko pedałuję i się rozglądam. Nie czuję się tu obco. Czuję się swojsko. Jestem człowiekiem, który mógłby żyć w różnych miejscach. Tęsknię już za domem, poza którym przebywam już od ponad miesiąca, lecz myślę, że mój dom mógłby znajdować się gdzieś indziej, niekoniecznie tam, gdzie jest w tej chwili. Pomału moje korzenie wychodzą z ziemi, na której wyrosłam.
Czy mogłabym żyć w Niemczech? Tak. Odpowiada mi ten niemiecki porządek, który odstręcza wielu moich krajan. Od razu dementuję te wszystkie stereotypy, że ludzie są tu niby gburowaci i trzymają na dystans. Jak dotąd nie spotkałam żadnej osoby, która byłaby niemiła. Wręcz przeciwnie - wszyscy Niemcy, do których zwróciłam się czymkolwiek, są niezwykle uczynni i uprzejmi. Wielu ma poczucie humoru (naprawdę!). Poza tym o wiele łatwiej tu żyć, nawet nie mając dużych pieniędzy. Nie trzeba katować się kredytem, żeby mieć mieszkanie. W pracy nie ma dyskryminacji płciowej i wiekowej. Widok kobiety w podeszłym wieku, zajmującej odpowiedzialne stanowisko, nikogo tu nie dziwi. Tylko ja trochę byłam zaskoczona tym faktem. U nas kobiety niespełniające wymogów wiekowych i wizerunkowych, są niewidoczne, przezroczyste. Tutaj starzejące się społeczeństwo rozumie potrzeby niemłodych już ludzi. Dziwne, że nikt w Polsce nadal nie zastanawia się nad identycznym problemem, który zdominuje nasz kraj już niebawem. Poza tym relacja cen wielu produktów do zarobków jest tu bardziej korzystna. Nasze dochody budzą konsternację i niejeden Niemiec zachodzi w głowę, jak my dajemy radę się utrzymać. Co tu dużo mówić - odpowiadałoby mi życie na niemieckiej obczyźnie.Tak samo wygląda tu zachód słońca, tak samo skrzy się niebo w piękny dzień, równie pięknie pachną lipy przy drogach.
Jeszcze chętniej przeniosłabym się w rejony południowej Europy, gdzie jest ciepło, słonecznie, paskudna zima zagląda rzadko lub wcale, a ludzie na czilku żyją chwilą i nie inwestują pieniędzy w samochody i absurdalnie duże mieszkania lub domy. Ostatnio w Grecji znowu uderzył mnie styl życia jej mieszkańców. Przeciętny Grek mieszka w skromnym domeczku wielkości niemalże polskiej altanki działkowej, jeździ jakimś poobijanym trupem i w ogóle się tym nie przejmuje. Grecy cieszą się życiem przez duże Ż, spotkaniami z rodziną i przyjaciółmi. Piją spokojnie winko, jedzą oliwki, owoce morza i regularnie robią sobie sjestę. Ich życie rozkwita wieczorami i przeciąga się do późnej nocy. Serwują pyszną kawę, która daje kopa. Mają bogatą historię, nie obfitującą tylko w cudowne momenty, a mimo wszystko nie jest to naród mesjaszy, żyjących martyrologią. Potrafią być szczęśliwi i zarażają tym innych.
Węgry - tu też mogłabym się przeflancować. Pomijając obecną sytuację polityczną, to piękny kraj i wspaniali ludzie. Wiadomo - Polak Węgier, dwa bratanki itd. Można się z nimi świetnie dogadać, oczywiście nie po węgiersku ;) Z węgierskiego zapamiętałam jedynie "egiszigedre", czyli "na zdrowie", zwykły toast. Pozostałe słowa brzmią dla mnie jak kosmiczny język. Na Węgrzech urzekł mnie oczywiście Budapeszt, w którym byłam już kilka razy i nie powiedziałam w tym względzie ostatniego słowa. Ale są tam i inne cudowne miejsca, jak chociażby nieopodal leżące Szentendre. Poza tym te górzyste tereny, zamki na wzgórzach lub tuż pod nimi (np. w Wyszechradzie), liczne termy, kąpieliska, dostojnie płynący Dunaj... Węgrzy są bardzo otwarci, weseli, potrafią się zabawić. Ci, których poznałam, a byli to i artyści, i tzw. zwykli ludzie, mieli w sobie jakąś melancholię. Dlatego być może nasze narody jakoś przy tej szabli i szklance dobrze się dogadują.
Mogłabym żyć w wielu miejscach. Mogę żyć tam, gdzie obecnie znajduje się mój dom, ale nie muszę. Tylko wolałabym, żeby ewentualna przeprowadzka stanowiła mój wybór, nie zaś była koniecznością wymuszoną przez kogoś lub jakąś niedogodną sytuację. Czasami zastanawiam się jednak, co jeszcze musi się stać, by mój kraj przestał być moją ojczyzną, a stał się obczyzną. Zewsząd słyszę te wszystkie hasła pełne dyskryminacji, ksenofobii i homofobii. Jak to jest możliwe, że wprowadza się kategoryzację członków społeczeństwa, z której wynika, kto ma prawo tu mieszkać, a kto wypierdalać, kto ma prawo domagać się respektowania jego praw, a kto ma trzymać mordę na kłódkę, kto ma ciężko pracować, a kto leżeć bykiem i wyciągać łapę po nie swoje. Ciągłe podziały, stawianie jednych i drugich w opozycji, manipulowanie, pranie brudów, podsycanie nieuzasadnionej dumy i opluwanie przeciwników. Aż cisną się na usta słowa z wiersza Antoniego Słonimskiego pt. "Dwie ojczyzny". Najgorsza jest bezradność i ta wewnętrzna emigracja. Ta realna bywa mniej bolesna.
A tym czasem wrzucam parę fotek z mojej przejażdżki po niemieckiej ziemi. Dzisiaj doszłam do wniosku, że przecież żyjemy w globalnej wiosce, a pszeniczne pole wszędzie wygląda tak samo.
A tak poza tym codziennie robię sobie wieczorne wycieczki rowerowe po okolicy. W dzień żar leje się z nieba, więc staram się szybko pozałatwiać to, co istotne, potem relaksuję się w zaciszu domowym. A wieczorkiem wynurzam się i objeżdżam miasteczko, a następnie na obrzeżach delektuję się widokiem pól, ciszą i zwyczajnością. Dobrze mi wtedy, gdy tak sobie beztrosko pedałuję i się rozglądam. Nie czuję się tu obco. Czuję się swojsko. Jestem człowiekiem, który mógłby żyć w różnych miejscach. Tęsknię już za domem, poza którym przebywam już od ponad miesiąca, lecz myślę, że mój dom mógłby znajdować się gdzieś indziej, niekoniecznie tam, gdzie jest w tej chwili. Pomału moje korzenie wychodzą z ziemi, na której wyrosłam.
Czy mogłabym żyć w Niemczech? Tak. Odpowiada mi ten niemiecki porządek, który odstręcza wielu moich krajan. Od razu dementuję te wszystkie stereotypy, że ludzie są tu niby gburowaci i trzymają na dystans. Jak dotąd nie spotkałam żadnej osoby, która byłaby niemiła. Wręcz przeciwnie - wszyscy Niemcy, do których zwróciłam się czymkolwiek, są niezwykle uczynni i uprzejmi. Wielu ma poczucie humoru (naprawdę!). Poza tym o wiele łatwiej tu żyć, nawet nie mając dużych pieniędzy. Nie trzeba katować się kredytem, żeby mieć mieszkanie. W pracy nie ma dyskryminacji płciowej i wiekowej. Widok kobiety w podeszłym wieku, zajmującej odpowiedzialne stanowisko, nikogo tu nie dziwi. Tylko ja trochę byłam zaskoczona tym faktem. U nas kobiety niespełniające wymogów wiekowych i wizerunkowych, są niewidoczne, przezroczyste. Tutaj starzejące się społeczeństwo rozumie potrzeby niemłodych już ludzi. Dziwne, że nikt w Polsce nadal nie zastanawia się nad identycznym problemem, który zdominuje nasz kraj już niebawem. Poza tym relacja cen wielu produktów do zarobków jest tu bardziej korzystna. Nasze dochody budzą konsternację i niejeden Niemiec zachodzi w głowę, jak my dajemy radę się utrzymać. Co tu dużo mówić - odpowiadałoby mi życie na niemieckiej obczyźnie.Tak samo wygląda tu zachód słońca, tak samo skrzy się niebo w piękny dzień, równie pięknie pachną lipy przy drogach.
Jeszcze chętniej przeniosłabym się w rejony południowej Europy, gdzie jest ciepło, słonecznie, paskudna zima zagląda rzadko lub wcale, a ludzie na czilku żyją chwilą i nie inwestują pieniędzy w samochody i absurdalnie duże mieszkania lub domy. Ostatnio w Grecji znowu uderzył mnie styl życia jej mieszkańców. Przeciętny Grek mieszka w skromnym domeczku wielkości niemalże polskiej altanki działkowej, jeździ jakimś poobijanym trupem i w ogóle się tym nie przejmuje. Grecy cieszą się życiem przez duże Ż, spotkaniami z rodziną i przyjaciółmi. Piją spokojnie winko, jedzą oliwki, owoce morza i regularnie robią sobie sjestę. Ich życie rozkwita wieczorami i przeciąga się do późnej nocy. Serwują pyszną kawę, która daje kopa. Mają bogatą historię, nie obfitującą tylko w cudowne momenty, a mimo wszystko nie jest to naród mesjaszy, żyjących martyrologią. Potrafią być szczęśliwi i zarażają tym innych.
Węgry - tu też mogłabym się przeflancować. Pomijając obecną sytuację polityczną, to piękny kraj i wspaniali ludzie. Wiadomo - Polak Węgier, dwa bratanki itd. Można się z nimi świetnie dogadać, oczywiście nie po węgiersku ;) Z węgierskiego zapamiętałam jedynie "egiszigedre", czyli "na zdrowie", zwykły toast. Pozostałe słowa brzmią dla mnie jak kosmiczny język. Na Węgrzech urzekł mnie oczywiście Budapeszt, w którym byłam już kilka razy i nie powiedziałam w tym względzie ostatniego słowa. Ale są tam i inne cudowne miejsca, jak chociażby nieopodal leżące Szentendre. Poza tym te górzyste tereny, zamki na wzgórzach lub tuż pod nimi (np. w Wyszechradzie), liczne termy, kąpieliska, dostojnie płynący Dunaj... Węgrzy są bardzo otwarci, weseli, potrafią się zabawić. Ci, których poznałam, a byli to i artyści, i tzw. zwykli ludzie, mieli w sobie jakąś melancholię. Dlatego być może nasze narody jakoś przy tej szabli i szklance dobrze się dogadują.
Mogłabym żyć w wielu miejscach. Mogę żyć tam, gdzie obecnie znajduje się mój dom, ale nie muszę. Tylko wolałabym, żeby ewentualna przeprowadzka stanowiła mój wybór, nie zaś była koniecznością wymuszoną przez kogoś lub jakąś niedogodną sytuację. Czasami zastanawiam się jednak, co jeszcze musi się stać, by mój kraj przestał być moją ojczyzną, a stał się obczyzną. Zewsząd słyszę te wszystkie hasła pełne dyskryminacji, ksenofobii i homofobii. Jak to jest możliwe, że wprowadza się kategoryzację członków społeczeństwa, z której wynika, kto ma prawo tu mieszkać, a kto wypierdalać, kto ma prawo domagać się respektowania jego praw, a kto ma trzymać mordę na kłódkę, kto ma ciężko pracować, a kto leżeć bykiem i wyciągać łapę po nie swoje. Ciągłe podziały, stawianie jednych i drugich w opozycji, manipulowanie, pranie brudów, podsycanie nieuzasadnionej dumy i opluwanie przeciwników. Aż cisną się na usta słowa z wiersza Antoniego Słonimskiego pt. "Dwie ojczyzny". Najgorsza jest bezradność i ta wewnętrzna emigracja. Ta realna bywa mniej bolesna.
A tym czasem wrzucam parę fotek z mojej przejażdżki po niemieckiej ziemi. Dzisiaj doszłam do wniosku, że przecież żyjemy w globalnej wiosce, a pszeniczne pole wszędzie wygląda tak samo.







Komentarze
Prześlij komentarz