Panta rei
Wczoraj weszłam do Jego warsztatu. Ogarnęło mnie zdumienie, gdyż od kiedy pamiętam, panował tu iście artystyczny nieład. Tymczasem wszystko było poukładane jak w sklepie z narzędziami i rozmaitymi maszynami. Każde wiertło, jakieś śruby, pilniki i inne przedmioty, których przeznaczenie jest mi obce - leżały równiutko ułożone na półkach. Maszyny z dziwnymi symbolami, przyciskami, jakimiś miernikami czy czymś takim, stały grzecznie na swoich stanowiskach i czekały. Na podłodze ani ździebka jakichś opiłków metalu, poskręcanych kawałków, które zawsze kojarzyły mi się z cudacznie wygiętymi, srebrnymi makaronami. Porządek. Cisza i pustka.
On też potrafił dokonać małych cudów w swoim warsztacie. Ludzie z okolicy walili do niego drzwiami i oknami, gdyż nie znali lepszego od niego tokarza - ślusarza. A on spokojnie, z fajeczką w ustach przyjmował zlecenia. Czasami pytał mnie, ile ma właściwie skasować klienta, bo w zasadzie to się nie narobił. Wówczas przypominałam mu podejście przykładowego pana Zdzicha do kwestii szanowania swojej profesji. I w ten sposób, ceniąc swoje unikatowe w regionie umiejętności, popalając fajeczkę, pobierał stosowną moim skromnym zdaniem zapłatę.
Wczoraj wszystko czekało. Na terkot, szlifowanie, furkot, buczenie. Na ożywienie tego miejsca. Na próżno. Podeszłam do jednej z maszyn. Nie zostały dokładnie sprzątnięte z niej opiłki (chyba miedzi). Takie maleńkie, złotawe drobinki. Leżą od dwóch lat nietknięte. Zapewne zdmuchnie je wiatr, gdy maszyna będzie transportowana do nowego właściciela. Na razie są i przypominają o tym, że kiedyś On je stworzył, być może na krótko przed śmiercią. Są śladem jego pracy i życia. Niedługo tu będzie pomieszczenie na narty i inny sprzęt sportowy. I już nigdy rano nie usłyszę tego terkotu, dobiegającego zza okna mojego pokoju.
Przechadzałam się z kąta w kąt i przyglądałam się detalom - wiekowemu kredensowi, szafkom pamiętającym zapewne wczesne lata powojenne czy stołowi z narzędziami. W piwnicy u mojej babci też stał podobny kredens. Zrobiło mi się trochę żal tych staroci, gdyż odpicowane byłyby dzisiaj wartościowymi meblami, w których wreszcie ktoś dostrzegłby duszę i dałby im drugie życie, zamiast kupować lub zamawiać u stolarza sztampowe, cięte jak od linijki mebelki z połyskiem. Wszystkie te nietypowe skarby stały od wielu miesięcy nieużywane. Czekały.
Dopadły mnie smutek i tęsknota. Oczyma duszy widziałam Go umorusanego, jak pochyla się nad maszyną i wyczynia tam jakieś dziwne czary, o których nie miałam bladego pojęcia. Wielu inteligentów, zwłaszcza tych z Bożej łaski, patrzy z góry na fachowców trudniących się pracą fizyczną. Lecz niejeden z nich łasi się do nich, gdy trzeba coś naprawić, wyremontować, wytoczyć, przepchać. Wtedy taki pan Zdzichu czy Stachu jest na wagę złota. I prawdę mówiąc, ceni się, choć dla niego jedno lub dwa puknięcia, stuknięcia, machnięcia, wywiercenia, itp. to bułka z masłem. Uważam, że pan Zdzichu ma pełne podstawy, żeby się cenić, gdyż to on wie, jak i gdzie puknąć, podczas gdy żona inteligenta patrzy na męża i wzdycha w myślach: "Chłop, a nie potrafi naprawić spłuczki od kibla ani nawet wbić prosto gwoździa...". A Zdzichu rach - ciach i zgarnia kasiorkę aż miło.On też potrafił dokonać małych cudów w swoim warsztacie. Ludzie z okolicy walili do niego drzwiami i oknami, gdyż nie znali lepszego od niego tokarza - ślusarza. A on spokojnie, z fajeczką w ustach przyjmował zlecenia. Czasami pytał mnie, ile ma właściwie skasować klienta, bo w zasadzie to się nie narobił. Wówczas przypominałam mu podejście przykładowego pana Zdzicha do kwestii szanowania swojej profesji. I w ten sposób, ceniąc swoje unikatowe w regionie umiejętności, popalając fajeczkę, pobierał stosowną moim skromnym zdaniem zapłatę.
Wczoraj wszystko czekało. Na terkot, szlifowanie, furkot, buczenie. Na ożywienie tego miejsca. Na próżno. Podeszłam do jednej z maszyn. Nie zostały dokładnie sprzątnięte z niej opiłki (chyba miedzi). Takie maleńkie, złotawe drobinki. Leżą od dwóch lat nietknięte. Zapewne zdmuchnie je wiatr, gdy maszyna będzie transportowana do nowego właściciela. Na razie są i przypominają o tym, że kiedyś On je stworzył, być może na krótko przed śmiercią. Są śladem jego pracy i życia. Niedługo tu będzie pomieszczenie na narty i inny sprzęt sportowy. I już nigdy rano nie usłyszę tego terkotu, dobiegającego zza okna mojego pokoju.


Wow, jakbym książkę czytała. Nawet mi się zrobiły szklane oczy. Aczkolwiek nie wiem jak to jest i obym szybko się nie dowiedziała, ale chyba bym nie dała rady tam wejść. Jesteś moją bohaterką, Frau.
OdpowiedzUsuńW ten piękny deszczowy dzień dałaś mi swoim tekstem chwilę wytchnienia. Ściskam, pozdrawiam, będę tu zaglądać.
OdpowiedzUsuńDziękuję bardzo Paniom za miłe słowa. Zapraszam na mojego bloga. Cieszę się, gdy ktoś tu zagląda :)
OdpowiedzUsuńkażdy ma taką swoją szufladę, pokój. Dobrze jest tam czasem zajrzeć żeby się przewartościować
OdpowiedzUsuń