Kronika tatrzańska odc. 2 - Prowadzenie pensjonatu - łatwy piniondz?
Czy łatwo prowadzić rodzinny interes polegający na wynajmowaniu kwater turystom? Wiele osób myśli, że taki nawet mały pensjonacik to świetna sprawa i łatwy pieniądz. Nic bardziej mylnego. Ostatnio rozmawiałam z koleżanką, mieszkanką Zakopanego, o tym, jak wygląda codzienność w takiej pracy. Ja z kolei, jako wieloletnia pracownica na etacie, przedstawiłam swój punkt widzenia na tego typu działalność zawodową. Oczywiście istnieją plusy i minusy każdej z tych opcji.
Prowadzenie pensjonatu to nie tylko rezerwowanie pokoi, sprzątanie, przyjmowanie i kasowanie gości, po czym właściciela czeka już tylko leżaczek na tarasie i kawusia w filiżaneczce. Otóż, trzeba się też liczyć z tym, że jest się do dyspozycji gości praktycznie cały dzień. Turyści nie przestrzegają wielu ustaleń, które są spisane i przedstawione przy odbiorze pokoju. Wiele razy zakłócają spokój innym gościom i samym gospodarzom, bywają bezczelni i aroganccy, bardzo roszczeniowi i niekiedy zwyczajnie pozbawieni elementarnych zasad kultury. Niszczą sprzęty znajdujące się na wyposażeniu kuchni, pokoi i łazienek, a potem udają, że to nie ich sprawka. Pozostawiają po grillu bałagan i absolutnie nie poczuwają się do obowiązku posprzątania po sobie. Nie pilnują własnych dzieci, które wykańczają psychicznie całe otoczenie. Prowadzących dom właścicieli traktują jak służbę.
Dla oddania sprawiedliwości nadmienię, iż są także wspaniali ludzie, którzy przyjeżdżają co roku w to samo miejsce, gdyż przywiązują się i do określonego pensjonatu, i do jego właścicieli. Są zawsze mile widziani i oczekiwani z otwartymi ramionami. Przy nich pracownicy pensjonatu odżywają i odzyskują wiarę w człowieka. Niestety takich ludzi jest coraz mniej. Czy to znak czasu? Zmiana pokoleniowa?
Najbardziej przykre jest to, że często gość, któremu gospodarz zwróci uwagę, obsmaruje kwaterę w Internecie, oczywiście odwracając kota ogonem. Sama byłam kiedyś świadkiem, jak dwa małżeństwa, od razu po przyjeździe i wniesieniu klamotów do pokoi, przystąpiły do degustacji rozmaitych trunków. Po niespełna dwóch godzinach cała czwórka była tak pijana, że panie, nawet przy pomocy swoich równie pijanych macho, nie były w stanie wejść po schodach, by ukryć się przed oczami zszokowanych pozostałych turystów. Na kamiennych schodach potłukły się im butelki oraz słoiki z jedzeniem. Gospodyni domu podeszła do nich i dyskretnie upomniała, za co w zamian otrzymała wiązankę rynsztokowych epitetów. Nie pozostało nic innego, jak wezwać na pomoc gospodarza, który grzecznie, aczkolwiek stanowczo kazał się im pakować i natychmiast opuścić dom. Zwrócił im wszystkie pieniądze, wsiadł za kierownicę ich auta, które następnie zaparkował poza posesją i pokierował zataczające się towarzystwo za bramę. Potem na fejsie pojawiła się szkalująca właścicieli opinia. Na szczęście po oficjalnej, kulturalnej reakcji z drugiej strony, opinia została usunięta.
Są jednak i pozytywne strony prowadzenia pensjonatu. Po pierwsze - właściciel jest sobie żeglarzem, sterem i okrętem. Żaden szef nie dyryguje, nie krytykuje i nie stawia dziwnych wymagań. Po drugie - otrzymuje się godziwe wynagrodzenie, o którym przeciętnie zarabiający Polak w zakładzie pracy może pomarzyć. Po trzecie - jeśli klient nie dostosowuje się do obowiązujących zasad, można mu podziękować za dotychczasowy pobyt, zwrócić kasę za resztę rezerwacji i powiedzieć: "Adios amigos". Najwyżej w necie pojawi się niekorzystna opinia. Można na nią zareagować lub olać. Sama czytam opinie o hotelach i gdy widzę absurdalne zarzuty, po prostu dochodzę do wniosku, że ludzie mają naprawdę nie po kolei w głowie. W tzw. zwyczajnej pracy pokazanie klientowi drzwi niedopuszczalne. Znam to z autopsji. Trzeba być miłym i wspierającym mimo tego, że w kieszeni nóż się otwiera, gdyż na plecach czuje się oddech szefa czy innej kontrolującej instytucji.
Jeśli chodzi o gości pensjonatu, myślę, że istnieje również sposób na roszczeniowych i niereformowalnych ludzi. Trzeba tylko ustalić pewne zasady i granice. Absolutnie nie należy ze wszystkimi się spoufalać. Oczywiście nie można zachowywać się jak gbur, ale jednak powściągliwość nie zaszkodzi. Żadnego przechodzenia od razu na "ty", wspólnego organizowania imprez, otwierania drzwi o północy, bo ktoś pijany nie może sam ich otworzyć, żadnego pożyczania swoich prywatnych sprzętów, o których nie było mowy w ofercie. Z doświadczenia wiem, że stawianie granic jest konieczne, a ich brak rodzi niebezpieczeństwo, że obcy nam człowiek może nas potem zwyczajnie lekceważyć. No bo jak potraktować poważnie upomnienie od przemiłej i sympatycznej gospodyni czy jowialnego gospodarza? Kumplowskie traktowanie działa w dwie strony.
Na koniec pragnę zaznaczyć, że trudno jest znaleźć pracę idealną, o ile w ogóle jest to możliwe. W każdej są wady i zalety. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Myślę jednak, że wszystkim żyłoby się o wiele lepiej i przyjemniej, gdyby ludzie tak w ogóle szanowali siebie nawzajem, niezależnie od tego, jaki wykonują zawód.
Prowadzenie pensjonatu to nie tylko rezerwowanie pokoi, sprzątanie, przyjmowanie i kasowanie gości, po czym właściciela czeka już tylko leżaczek na tarasie i kawusia w filiżaneczce. Otóż, trzeba się też liczyć z tym, że jest się do dyspozycji gości praktycznie cały dzień. Turyści nie przestrzegają wielu ustaleń, które są spisane i przedstawione przy odbiorze pokoju. Wiele razy zakłócają spokój innym gościom i samym gospodarzom, bywają bezczelni i aroganccy, bardzo roszczeniowi i niekiedy zwyczajnie pozbawieni elementarnych zasad kultury. Niszczą sprzęty znajdujące się na wyposażeniu kuchni, pokoi i łazienek, a potem udają, że to nie ich sprawka. Pozostawiają po grillu bałagan i absolutnie nie poczuwają się do obowiązku posprzątania po sobie. Nie pilnują własnych dzieci, które wykańczają psychicznie całe otoczenie. Prowadzących dom właścicieli traktują jak służbę.
Dla oddania sprawiedliwości nadmienię, iż są także wspaniali ludzie, którzy przyjeżdżają co roku w to samo miejsce, gdyż przywiązują się i do określonego pensjonatu, i do jego właścicieli. Są zawsze mile widziani i oczekiwani z otwartymi ramionami. Przy nich pracownicy pensjonatu odżywają i odzyskują wiarę w człowieka. Niestety takich ludzi jest coraz mniej. Czy to znak czasu? Zmiana pokoleniowa?
Najbardziej przykre jest to, że często gość, któremu gospodarz zwróci uwagę, obsmaruje kwaterę w Internecie, oczywiście odwracając kota ogonem. Sama byłam kiedyś świadkiem, jak dwa małżeństwa, od razu po przyjeździe i wniesieniu klamotów do pokoi, przystąpiły do degustacji rozmaitych trunków. Po niespełna dwóch godzinach cała czwórka była tak pijana, że panie, nawet przy pomocy swoich równie pijanych macho, nie były w stanie wejść po schodach, by ukryć się przed oczami zszokowanych pozostałych turystów. Na kamiennych schodach potłukły się im butelki oraz słoiki z jedzeniem. Gospodyni domu podeszła do nich i dyskretnie upomniała, za co w zamian otrzymała wiązankę rynsztokowych epitetów. Nie pozostało nic innego, jak wezwać na pomoc gospodarza, który grzecznie, aczkolwiek stanowczo kazał się im pakować i natychmiast opuścić dom. Zwrócił im wszystkie pieniądze, wsiadł za kierownicę ich auta, które następnie zaparkował poza posesją i pokierował zataczające się towarzystwo za bramę. Potem na fejsie pojawiła się szkalująca właścicieli opinia. Na szczęście po oficjalnej, kulturalnej reakcji z drugiej strony, opinia została usunięta.
Są jednak i pozytywne strony prowadzenia pensjonatu. Po pierwsze - właściciel jest sobie żeglarzem, sterem i okrętem. Żaden szef nie dyryguje, nie krytykuje i nie stawia dziwnych wymagań. Po drugie - otrzymuje się godziwe wynagrodzenie, o którym przeciętnie zarabiający Polak w zakładzie pracy może pomarzyć. Po trzecie - jeśli klient nie dostosowuje się do obowiązujących zasad, można mu podziękować za dotychczasowy pobyt, zwrócić kasę za resztę rezerwacji i powiedzieć: "Adios amigos". Najwyżej w necie pojawi się niekorzystna opinia. Można na nią zareagować lub olać. Sama czytam opinie o hotelach i gdy widzę absurdalne zarzuty, po prostu dochodzę do wniosku, że ludzie mają naprawdę nie po kolei w głowie. W tzw. zwyczajnej pracy pokazanie klientowi drzwi niedopuszczalne. Znam to z autopsji. Trzeba być miłym i wspierającym mimo tego, że w kieszeni nóż się otwiera, gdyż na plecach czuje się oddech szefa czy innej kontrolującej instytucji.
Jeśli chodzi o gości pensjonatu, myślę, że istnieje również sposób na roszczeniowych i niereformowalnych ludzi. Trzeba tylko ustalić pewne zasady i granice. Absolutnie nie należy ze wszystkimi się spoufalać. Oczywiście nie można zachowywać się jak gbur, ale jednak powściągliwość nie zaszkodzi. Żadnego przechodzenia od razu na "ty", wspólnego organizowania imprez, otwierania drzwi o północy, bo ktoś pijany nie może sam ich otworzyć, żadnego pożyczania swoich prywatnych sprzętów, o których nie było mowy w ofercie. Z doświadczenia wiem, że stawianie granic jest konieczne, a ich brak rodzi niebezpieczeństwo, że obcy nam człowiek może nas potem zwyczajnie lekceważyć. No bo jak potraktować poważnie upomnienie od przemiłej i sympatycznej gospodyni czy jowialnego gospodarza? Kumplowskie traktowanie działa w dwie strony.
Na koniec pragnę zaznaczyć, że trudno jest znaleźć pracę idealną, o ile w ogóle jest to możliwe. W każdej są wady i zalety. Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Myślę jednak, że wszystkim żyłoby się o wiele lepiej i przyjemniej, gdyby ludzie tak w ogóle szanowali siebie nawzajem, niezależnie od tego, jaki wykonują zawód.


Komentarze
Prześlij komentarz