Strajk Nauczycieli

   Nie chciałam zabierać głosu w sprawie Strajku Nauczycieli 2019. Jednak tylko krowa nie zmienia zdania ;) Zabieram głos. I jest to głos poparcia. Przyznam, że zasięg społeczny tego ruchu niezmiernie mnie zaskoczył. Do tej pory uważałam, że nauczyciele są jedną z najbardziej niesolidarnych grup zawodowych i daleko im na przykład do lekarzy, pielęgniarek czy policjantów. Biję się w piersi - myliłam się. Być może moje wcześniejsze przekonanie wynikało z obserwacji licznych nieudanych prób zwrócenia uwagi tej grupy na problemy oświaty. Widząc te marsze i gwizdanie na ulicach Wawy, myślałam sobie, że takie frajerskie protesty można zwyczajnie o kant dupy rozbić. Zwłaszcza, gdy są przeprowadzane w weekend albo w czasie wolnym od zajęć szkolnych. Co innego rolnicy czy górnicy - ci to zawsze robili, za przeproszeniem, taki rozpierdol gdziekolwiek się pojawili, że natychmiast było to zauważane i w mediach huczał złowrogi pomruk, że cały naród zdechnie z zimna i głodu. Nauczyciele to inny gatunek - raczej łagodny w formach protestu, uginający się pod presją powołania i misji, żeby uczniowie nie ucierpieli i nie ponieśli żadnych strat. Dlatego nigdy wcześniej, pomijając sławny strajk w latach 90., nie podjęli tak szeroko zakrojonej inicjatywy jak teraz. I czapki z głów! Nareszcie! Strajk rozlał się na cały kraj, w mediach huczy, ludzie kultury organizują akcje poparcia i choć władza łamie podstawowe założenia prawa oświatowego, tworząc dublerskie rozporządzenia przepychane kolanem i dublerskie komisje egzaminacyjne, nic już nie powstrzyma tego długo hodowanego wkurwa.
   Oczywiście wiele osób hejtuje formę, czas i okoliczności, proponując tak absurdalne rozwiązania jak strajk w wakacje czy ferii zimowych. Dlaczego zatem policjanci, lekarze czy pielęgniarki nie strajkowali w czasie swojego urlopu? Odpowiedź jest prosta - bo to byłoby bez sensu. Każdy rozgarnięty człowiek wie, że protest ma sens, jeśli odbywa się w kluczowym momencie, grożąc paraliżem jakiejś sfery życia. Dlatego na przykład policjanci zapadli masowo na psią grypę tuż przed 11 listopada, a nie na przykład w grudniu po południu.
   Dlaczego w ogóle doszło do eskalacji niezadowolenia belfrów, ludzi raczej niezbyt skorych do takich akcji? Przyczyniła się do tego polityka prowadzona przez obecny rząd. Już słyszę, jak rozbrzmiewają komentarze typu: " a co dostali od PO?", "a dlaczego nie walczyli, gdy rządziła opozycja?". Zacznijmy od tego, że nie jest istotne, która partia akurat jest u steru, gdyż jakakolwiek by była, i tak frustracja tego środowiska narastała lawinowo. Prawdą jest, że wszystkie rządy w przeszłości miały belfrów w dupie. Prawdą jest, że każda wiodąca partia w kampanii przedwyborczej obiecuje poprawę sytuacji w oświacie, w tym podwyżki, lepiej funkcjonującą służbę zdrowia i ogólny dobrobyt. Tylko naiwni w to wierzą. Prawdą jest jednak również to, że żaden rząd tak jak ten obecny, nie zdemolował szkolnictwa, nie zabawił się w Świętego Mikołaja czy (biorąc pod uwagę zbliżające się święta) Zajączka, który hasa i rozdaje same plusy - pińcet plus, emerytura plus, trzynastka plus itd.
   Tak prowadzona polityka rozdawnictwa rodzi wiele niebezpieczeństw. Szczególnie niebezpieczne jest tworzenie dziwnych kryteriów rozdawania prezentów - kasa od drugiego dziecka czy za urodzenie czworga dzieci. A czym różni się jedynak od dziecka z wielodzietnej rodziny? A matka, która urodziła troje dzieci, to je ot tak - wypluła pochwą, a potem żywiła energią słoneczną i zostawiała aniołkom pod opiekę, gdy harowała cały dzień w pracy? Rozumiem, że chodzi o to, żeby zachęcić kobiety do rodzenia większej liczby dzieci niż jedno, ale należy pamiętać, że nie każdy zwyczajnie może mieć więcej dzieci i mam tu na myśli biologiczne uwarunkowania. Poza tym, nie po to rodzi się dzieci, żeby mieć pińcet plus. No chyba, że ktoś żyje z takowej produkcji.
   Tworzenie antagonizmów w społeczeństwie to bomba z opóźnionym zapłonem. Ludzie widząc, że na programy wyborcze opłacane z ich podatków są pieniądze, doznają pewnego dysonansu, szczególnie, jeśli nie są w tych programach ujęci. Nauczyciele, słysząc na początku roku, że nie ma pieniędzy w budżecie na podwyżki, więc lepiej niech skończą symulować belferską grypę, a potem słuchając w TiVi o słynnej piątce, poczuli rosnącą gulę w gardle. Ciśnienie wzrosło, w głowie się zagotowało i... bum! Ale nauczyciele nie są w ciemię bici. Przygotowywali się długo i cierpliwie, zgodnie z procedurami i tym razem nie ulegli presji władzy, cichemu straszeniu, obietnicom bez poparcia. Jak to się mawia w wojsku - postąpili regulaminowo.
   Ku memu kolejnemu zdziwieniu, nasze raczej antynauczycielskie społeczeństwo, w dużej mierze popiera protest. Hejt jest, lecz dla przeciwwagi są i pozytywne komentarze. Im władza jest bardziej bezczelna i gra na zdartą płytę, im bardziej Miągwa smęci, tym mocniej zwierają się belferskie szeregi. Zębatka nie uśmiecha się już tak szeroko, ogłaszając kolejny sukces w postaci egzaminów, notabene przeprowadzonych pod okiem łamiących procedury członków komisji. Uczniowie zacierają ręce, że udało im się ściągnąć i jakoś poszło. Jaką rangę ma ten cały pseudoegzamin? Podobnie będzie na egzaminie ósmoklasisty. Dramat. Ciekawe jak dalece będzie złamane prawo w przypadku matur. Ale przecież jest sukces, wszystko przebiega bez zakłóceń.
   O co walczą nauczyciele? O podwyżki, bo tylko z takim postulatem można wejść w spór zbiorowy. Ale przede wszystkim o GODNOŚĆ. O to, by rząd nie uważał ich za wykształciuchów. By rodzice uczniów nie traktowali ich jak ścierwo. By uczniowie zaczęli traktować ich z szacunkiem. By jedni i drudzy dostrzegli w nich człowieka. Aby przestała krążyć opinia, że do tego zawodu trafiają tylko nieudacznicy i to wyłącznie ich wina, że dziecko nie jest geniuszem, bo czego może nauczyć nieudacznik. Jak nauczyciele mają być szanowani, jeśli dzieci w domu słyszą same obelgi pod adresem swoich nauczycieli. Dziwnym trafem, gdy rodzice zaczynają mieć kłopoty z dzieckiem, w pierwszym odruchu uderzają jak w dym... do wychowawcy, do szkolnego psychologa czy pedagoga i oczekują rozwiązania ich problemu, nie widząc swojego wkładu w takie, a nie inne ukształtowanie młodego człowieka.
   Gdy nauczyciel zwraca rodzicowi uwagę, że dzieje się coś niepokojącego (dzieciak pali fajki, notorycznie wdaje się w bójki, klnie jak szewc itp.), rodzic zaprzecza, oburza się, strzela focha i grozi wniesieniem skargi... na nauczyciela. Potem niestety okazuje się, że jednak ta głupia baba (nauczycielka), głupi ciul (nauczyciel) miał rację. Tylko po tym, jak dzieciak opuści szkołę, to już nie jest problem nauczyciela, lecz rodzica. Rodzic zostaje z tym kłopotem i często nie ma do kogo się zwrócić o pomoc. Znam wiele takich przypadków. Moi znajomi, sąsiedzi, członkowie rodziny, którzy mieli trudne dzieci, opluwali szkołę i rzucali w nią kamieniami, obwiniając o to, że cały szkolny świat sprzysiągł się przeciwko ich dziecku. Po latach widzę, jak miotają się i załamują ręce, gdyż syn lub córka swój brak szacunku do drugiego człowieka, agresję, nietolerancję skierowali do swoich rodziców.
   Nie wszyscy nauczyciele są wspaniali, tak jak nie wszyscy lekarze są świetnymi, empatycznymi fachowcami. Nie wszyscy policjanci rzeczywiście bronią obywatela, nie wszyscy prawnicy działają zgodnie z zasadami etyki tego zawodu, nie wszystkie pielęgniarki z poświęceniem opiekują się chorymi, nie wszystkie panie sprzątające robią to dokładnie, nie wszystkie kucharki gotują tak, że ślinka cieknie na myśl o ich potrawach, nie wszyscy kierowcy jeżdżą bezpiecznie... Ale są wśród nich ludzie, którzy naprawdę kochają swoją pracę. Niestety z poczucia powołania i misji nie da się wyżyć. Nie każcie każdemu nauczycielowi iść na kasę do marketu. Nie mówcie, że idąc do zawodu, wiedział, na co się pisze, bo tyle razy zmieniane były warunki ich zatrudnienia, przejścia na emeryturę, że trudno to spamiętać. Tyle reform było przeprowadzanych ich rękami, tyle ciągłych projektów, rozporządzeń, ich nowelizacji, że naprawdę trzeba mieć nie lada głowę, żeby to ogarnąć. Dlatego nie każcie komuś, kto kocha uczyć, zmienić zawód albo siedzieć cicho i robić swoje. Nigdy ten zawód nie był tak zdeptany jak teraz, odarty z jakiegokolwiek szacunku.
   Cieszę się, gdy moje dziecko wraca ze szkoły uradowane z powodu jakiegoś drobnego sukcesu. Cieszę się, że pani od plastyki, dowiedziawszy się, że chce ono startować do elitarnego liceum plastycznego, w którym obowiązują egzaminy wstępne, postanowiła przygotować je do niego. Za darmo, za słowo "dziękuję", które z pewnością usłyszy ode mnie nie raz. Cieszę się, że fizyki i chemii uczą moje dziecko dwaj świetni nauczyciele, po których widać, że mają w sobie prawdziwą pasję. Pan od wychowania fizycznego angażuje moje dziecko do udziału w tych dyscyplinach, w których jest ono rzeczywiście dobre, choć ja tego wcześniej nie dostrzegłam. Pani od polskiego, na dodatek wychowawczyni, jest niesamowitą, wesołą kobietą, która potrafi ogarnąć niełatwy zespół klasowy. Wspieram ich w tym strajku i trzymam kciuki, żeby w tej lekcji wychowania obywatelskiego odnieśli nie tylko moralny sukces, bo taki już osiągnęli.
   A reprezentantom władzy chciałabym przypomnieć, że już dawno, dawno temu, w czasach renesansu pisarze, poeci zwracali uwagę na konieczność dbania o oświatę, gdyż "Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie...". No chyba, że władzy zależy na tym, byśmy byli narodem trwającym w nieustannym klęku.

Komentarze

Popularne posty