Śmierć zwierzęcia

   Jak długo trwa rozpacz po śmierci zwierzęcia? Jest to sprawa indywidualna. Dla wielu ludzi zwierzątko domowe jest traktowane jak członek rodziny, dlatego żałoba po jego odejściu jest bolesna i długotrwała. Ja również każdego stwora, który zamieszkał w moim domu, uważałam za istotę bardzo ważną, której przysługuje prawo do miłości, akceptacji i szacunku. Miałam kiedyś ukochanego kundelka Perełkę, chomiczki Misię i Nukę, świnki morskie Kuleczkę i Pipi oraz kotka Kaca. Oczywiście nie wszystkie na raz, boby moja mama dostała apopleksji. O każdym z nich mogłabym opowiadać bez końca.
   Perełka to była biała sunia, niezwykle inteligentna i zadziorna. Nowo poznane osoby witała atakiem szału, więc w imię dobra gościa, musiała być zamykana w łazience, przynajmniej na początku wizyty. Potem, wypuszczona na wolność, czujnie obserwowała danego człowieka. Jeśli go zaakceptowała, za każdym następnym razem, gdy przychodził do nas, obskakiwała go radośnie i merdała ogonem jak szalona. Zdarzało się, że z tej psiej euforii posikała się. Jeśli jednak ktoś nie przypadł jej do gustu, była skazana na łazienkowe więzienie... Drzwi od łazienki były obdrapane, co dowodziło, iż więźniarka nie była zbyt zadowolona z wygnania. Perełka była wierna, kochana, ale i apodyktyczna. Gdy wpakowała się w nocy do łóżka, pod żadnym pozorem nie wolno było nawet drgnąć, żeby jej nie kopnąć czy delikatnie przesunąć. Nieprzestrzeganie tej zasady kończyło się groźnym warczeniem, a nawet lekkim pokąsaniem ostrzegawczym. Poza tym moja biała sunia sama potrafiła dotrzeć do mojej babci i również samodzielnie wrócić do domu, umiała wyśledzić mnie, choćbym nie wiem jak próbowała przed nią uciec, ganiała mnie po całym podwórku, chętnie pływała w rzece, atakując przy tym pływające sobie spokojnie kaczki, a oprócz tego broniła swojego terytorium zażarcie, więc gdy pojawiła się w bloku konkurencja w postaci czarnej suczki sąsiadów, trzeba było zapobiegać ich kontaktom grożącym jawną i brutalną walką o tytuł samicy alfa. Perełka raz uciekła nam, gdy miała "te dni", oddała się ochoczo psu z pobliskiego podwórka, co zaowocowało czworgiem szczeniąt. Opiekowała się nimi wspaniale i o dziwo - nie atakowała nas, gdy braliśmy maluchy na ręce. Patrzyła tylko takim zatroskanym wzrokiem. Perła dożyła ponad piętnastu lat. Końcówka jej żywota była trudna. W końcu, z wielkim bólem, zdecydowaliśmy się skrócić jej cierpienia. Płakałam, gdy usypiała. Głaskałam ją delikatnie, żeby odeszła łagodnie. Możecie mi wierzyć lub nie, ale gdy jechaliśmy wcześniej samochodem do weterynarza, Perła płakała. Widziałam jej łzy i nikt mi nie powie, że to niemożliwe.
   Kot Kac to był mały cwaniak i zdrajca. Urzędował całymi dniami Bóg wie gdzie . Czasami przynosił nam zdechłe, zaduszone przez siebie myszy. Moja mama piszczała z przerażenia i obrzydzenia, zaś mój tata z pewnością znawcy oznajmiał, że Kac chce nam okazać wdzięczność, miłość oraz pokazać, iż jest łowcą i przydatnym członkiem stada. Niestety kocur ten ostatecznie zwiał gdzieś i tyle go widzieliśmy. Nie pamiętam go zbyt dobrze, gdyż byłam wówczas kilkuletnim dzieckiem.
   Jako dorosła osoba, za namową pozostałych członków rodziny, kupiłam świnkę morską. Była to Kuleczka - peruwianka, której imponujące włosy stanowiły źródło skrywanej przeze mnie zazdrości. Chciałabym mieć takie kudły jak ona. Te włosy rosły jak na drożdżach, więc trzeba było je regularnie strzyc i całą świnkę, ku jej rozpaczy - kąpać. Kuleczka nie była zwolenniczką pluskania się. A w jeszcze większą panikę wpadała, gdy suszyłam ją suszarką do włosów. Musiałam to robić, gdyż była chorowita, a jej gęste owłosienie schło zbyt długo. Poza tym, będąc mokrą, trzęsła się jak galareta, więc rozumiecie - małe suszonko było niezbędne. Kulka należała do spokojnych przedstawicieli swojego gatunku, przy czym była bardzo komunikatywna i inteligentna. Szczerze mówiąc byliśmy zdziwieni, że taki mały gryzoń będzie aż tak bardzo szukał kontaktu i dawał wyraz zadowoleniu, smutkowi lub... nieposkromionemu głodowi. Oprócz tego była pijaczką. Wypijała ogromne ilości wody, hałasując przy tym strasznie i doprowadzając nas do szału, gdy dopadał ją ciąg pijacki akurat w nocy. Jej ulubionym pokarmem były ogórki oraz natka pietruszki. Ale, gdy wyczuła świeżo zerwaną trawę lub mlecz, aż podskakiwała z radości. Naprawdę skakała! W ogóle świnki morskie w ten sposób okazują wyjątkowe zadowolenie. Niestety Kuleczka po kilku latach umarła, co wpędziło całą rodzinę w przygnębienie. Poszłam do sklepu zoologicznego, w którym zaopatrywałam się w karmę, trocinki i sianko, żeby przekazać smutną wieść. I wtedy zauważyłam, że w sklepie tym znajdują się malutkie świneczki. Takie czterotygodniowe! Małe jak chomiczki dżungarskie. Poprosiłam panią ekspedientkę, żeby dała mi na ręce jedną taką słodziutką świnkę i... już jej nie oddałam. Zadzwoniłam do rodziny w celu skonsultowania się, czy bierzemy kolejnego świniaka. Oczywiście, że wszyscy gremialnie się zgodzili. I tak zamieszkała z nami Pipi.
   To była szalona świnka! Wariatka nad wariatki. Energią mogłaby obdarzyć całe stado. Była skora do zabawy i zawsze rano szalała w klatce, żeby natychmiast ją wypuścić, by mogła pohasać po pokoju. Jedzenie było na drugim miejscu. Poranny jogging połączony z piruetami, podskokami i potrząsaniem łebkiem to był stały rytuał. Jej znakomity humor udzielał się każdemu. Ponadto Pipi zaczepiała nas, gdy leżeliśmy na dywanie i czytaliśmy sobie książkę lub gazetę. Porzucone czasopismo potrafiła podziurkować swoimi ząbkami, a nawet zubożyć o całe kawałki. Uwielbiała różne labirynty i tunele z pudełek oraz rurek po papierze toaletowym. Dopóki nieco nie urosła, mieściła się w każdej dziurze. Poczyniła parę szkód, na przykład obgryzła drewniany bok łóżka i osłonki kabli od komputera. Zauważyłam to, gdy niechcący dotknęłam ich i kopnął mnie prąd. Zastanawiałam się, jak ona zniosła wielokrotne strzały prądu? Chyba lubiła mocne wrażenia. Chcieliśmy, by Pipi zaznała trochę rozkoszy i w tym celu sprowadziliśmy jej kolegę, lecz ona broniła swej cnoty jak niepodległości i nic z tego nie wyszło. Co nie przeszkadzało jej w zdominowaniu samca, podżeraniu jego jedzenia i zajmowaniu hamaczka, podczas gdy on pokornie i cierpliwie czekał tuż obok, aż w końcu obdarzy go swoimi względami. Cóż, Pipi miała swoje zasady i nigdy mu nie uległa. Nasza szalona świnka, jak dotąd, była ostatnim zwierzaczkiem, jakiego gościliśmy w domu. Jakiś czas chorowała - miała guza w brzuszku. Gdy rok temu znaleźliśmy ją rano nieżywą, płakaliśmy i rozpaczaliśmy.  Mój syn nie poszedł w tym dniu do szkoły. Ten duży, dorastający chłopak, głęboko to przeżył. Z ciężkim sercem pożegnaliśmy ją i pochowaliśmy, a ja potem nadal płacząc, ostatni raz sprzątałam jej klatkę. Po śmierci Pipi zdecydowaliśmy, że nie weźmiemy do siebie już żadnego zwierzęcia. Ból po jego stracie jest straszny.
   Dlaczego o tym piszę? Gdyż parę dni temu umarł piesek mojej cioci i wujka. Nie mogą się pogodzić z tym faktem. Rozumiem ich doskonale. Nie rozumiem z kolei ludzi mówiących: "Przecież to tylko pies". Nigdy nie mówię, że zwierzątko zdechło. O członku rodziny mówi się, że umarł. Każde moje zwierzę umarło, choć nadal żyje w mojej pamięci i sercu.

Komentarze

  1. Bardzo poruszający wpis. Nigdy nie wyobrażałam sobie żywego zwierzęcia w swoim domu. Przerażało mnie, że cokolwiek co się rusza, a ma cztery łapki może przemieszczać się po moim mieszkaniu. Aż do momentu kiedy wyszłam z domu do spożywczaka kupić marchewkę do obiadu, a wróciłam z czarną kuleczką w kartonie, którą przyniosłam zamiast marchewki ze spożywczaka... Kuleczką był pies-york, taki niestandardowy York, waży 5,6 kg grubas jeden, ale kocham do bezwarunkowo. Teraz mam i drugiego psa-ten dla odmiany jest szczupły, ale waży 40 g. Nie wyobrażam sobie życia bez nich, nikt z członków mojej rodziny nie wyobraża sobie, że miałoby ich nie być. Są jeszcze młode 4 i 2 lata. Ale radość i wywijasy jakie odstawiają gdy jakikolwiek członek rodziny wraca do domu jest bezcenna. Kiedyś znalazłam w kalendarzu taki cytat "Nie ufaj człowiekowi, który nie lubi zwierząt" i się z nim zgadzam.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty