Reset
Przegrzał mi się mózg. Po trzech tygodniach gorączkowych prób pogodzenia miliona spraw (po niemiecku - "etwas unter einen Hut bringen"), bania mi spuchła do niewyobrażalnych rozmiarów. Przepraszam za "Umgangssprache", ale nie znajduję innych, odpowiednich słów. Poza tym chodzi o to, "aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa", więc język mówi. Głowa myśli i miele tony ziaren, ma wbudowany specjalny młynek ceramiczny, który niestety zaczął nieco szwankować. Dlatego też, świadoma swoich praw i obowiązków wynikających z pojawienia się na świecie, byłam zmuszona dać sobie odpust zupełny i wrzucić na luz.
Po pierwsze odwołałam lekcję z niemieckiego. Dość tego rycia, tatuowania sobie zwrotów, fraz, słówek i słuchania wiadomości, oglądania debilnych programów na RTL-u lub Vox-ie. Centrum dowodzenia, od czasu do czasu, musi przejść mały resecik. Po drugie ogarnęłam mieszkanie już w piątek, żeby w pozostałe dni weekendu móc skupić się na przyjemnościach. Sprzątaniu towarzyszyły utwory Deep Purple. Czad! Robota aż paliła mi się w rękach. Po trzecie - postanowiłam robić tylko to, na co mam ochotę. Amen.
W sobotni słoneczny ranek obudziłam się o normalnej, przyzwoitej godzinie, czyli o dziewiątej pięć, a nie o koszmarnej szóstej, kiedy jest ciemno, zimno i szaroburo. Leżałam w łóżku dobre pół godziny, snując rozważania na tematy błahe i nieistotne. Następnie leniwie wynurzyłam się spod kołdry, założyłam milusi szlafroczek i poszłam do kuchni. Słońce grzało jak szalone, jakby chciało nadrobić zimowe zaległości. Podeszłam do okna, wystawiłam twarz do promieni i stałam tak przez chwilę. Ciepło, przyjemnie, błogo...
Po królewskim, zjedzonym niespiesznie śniadaniu zrobiłam sobie kawę i popijając ją, czytałam dalszy ciąg książki Manueli Gretkowskiej i Piotra Pietuchy. Odkleiłam się od swojego świata całkowicie i zostałam pochłonięta przez męską perspektywę miłości. Lubię poznawać męski punkt widzenia. Nigdy nie mogę się nadziwić, jak dwie, skrajnie różne istoty, jakimi są kobieta i mężczyzna, mogą być razem i się nie pozabijać. Rozmowy z facetami, których znam, nauczyły mnie, że my - kobiety, mamy mgliste pojęcie o ich spojrzeniu na różne sprawy. To zresztą działa i w drugą stronę. Stąd moje niekończące się zdumienie, że tak to zostało urządzone, iż większość par jest heteroseksualnych.
Gdy już zaspokoiłam głód książki, lekko się podrasowałam, żeby nie straszyć na ulicy i wybrałam się pieszo, powolutku do galerii handlowej. Tak, zdecydowałam się na próżniacze wypełnienie wolnego czasu. Na usprawiedliwienie dodam tylko, że pierwsze kroki skierowałam do księgarni w celu nabycia podręcznika do nauki języka polskiego dla obcokrajowców. Nie znalazłam niczego satysfakcjonującego, lecz natknęłam się na książkę Orbitowskiego. Gruba, ciekawie się zapowiadająca. Wzięłam. Dopiero potem poszłam na szmatlumpy. Zakupiłam sobie (oczywiście niezbędne ;) elementy garderoby damskiej i usatysfakcjonowana, przepełniona zwykłym, prostackim zadowoleniem z rzeczy przyziemnych, do tego zakupionych z obniżką, udałam się na obiad do bistro, albowiem gotowanie w tym dniu również nie wchodziło w grę.
Idąc do domu, zauważyłam, że nareszcie nieśmiało zagląda do nas wiosna. Ptaki zaczęły dawać pierwsze koncerty, obumarła przyroda wydawała się być mniej martwa, gdy oświetlało ją słońce, a i ludzie szli jakoś żwawiej, z uśmiechami na twarzach.
Wszystko budzi się do życia. Zatacza się krąg odwieczny i nieskończony. A ja, po sobotnim resecie, weszłam w znajomy rytm, tylko mniej nerwowo i bez pośpiechu. Kiedy czuję ogarniający mnie chaos, organizuję sobie dzień lenia, aby uniknąć kolejnego tygodnia świra. "Faulenzen" - tak brzmi po niemiecku "próżnować, leniuchować". Warto czasami poddać się słodkiej "Faulenzerei" (to rzeczownik odczasownikowy - dla niewtajemniczonych), złapać oddech, wyhamować, a nawet się zatrzymać. Takie próżniacze dni są dla mnie jak perły - drogocenne, niepowtarzalne oraz skrupulatnie gromadzone. Są to rzadkie momenty, kiedy mam czas, by spojrzeć z boku na swoje życie i zastanowić się nad sobą. Potrzebuję ich, gdyż bezrefleksyjna egzystencja jest nie dla mnie.
Po pierwsze odwołałam lekcję z niemieckiego. Dość tego rycia, tatuowania sobie zwrotów, fraz, słówek i słuchania wiadomości, oglądania debilnych programów na RTL-u lub Vox-ie. Centrum dowodzenia, od czasu do czasu, musi przejść mały resecik. Po drugie ogarnęłam mieszkanie już w piątek, żeby w pozostałe dni weekendu móc skupić się na przyjemnościach. Sprzątaniu towarzyszyły utwory Deep Purple. Czad! Robota aż paliła mi się w rękach. Po trzecie - postanowiłam robić tylko to, na co mam ochotę. Amen.
W sobotni słoneczny ranek obudziłam się o normalnej, przyzwoitej godzinie, czyli o dziewiątej pięć, a nie o koszmarnej szóstej, kiedy jest ciemno, zimno i szaroburo. Leżałam w łóżku dobre pół godziny, snując rozważania na tematy błahe i nieistotne. Następnie leniwie wynurzyłam się spod kołdry, założyłam milusi szlafroczek i poszłam do kuchni. Słońce grzało jak szalone, jakby chciało nadrobić zimowe zaległości. Podeszłam do okna, wystawiłam twarz do promieni i stałam tak przez chwilę. Ciepło, przyjemnie, błogo...
Po królewskim, zjedzonym niespiesznie śniadaniu zrobiłam sobie kawę i popijając ją, czytałam dalszy ciąg książki Manueli Gretkowskiej i Piotra Pietuchy. Odkleiłam się od swojego świata całkowicie i zostałam pochłonięta przez męską perspektywę miłości. Lubię poznawać męski punkt widzenia. Nigdy nie mogę się nadziwić, jak dwie, skrajnie różne istoty, jakimi są kobieta i mężczyzna, mogą być razem i się nie pozabijać. Rozmowy z facetami, których znam, nauczyły mnie, że my - kobiety, mamy mgliste pojęcie o ich spojrzeniu na różne sprawy. To zresztą działa i w drugą stronę. Stąd moje niekończące się zdumienie, że tak to zostało urządzone, iż większość par jest heteroseksualnych.
Gdy już zaspokoiłam głód książki, lekko się podrasowałam, żeby nie straszyć na ulicy i wybrałam się pieszo, powolutku do galerii handlowej. Tak, zdecydowałam się na próżniacze wypełnienie wolnego czasu. Na usprawiedliwienie dodam tylko, że pierwsze kroki skierowałam do księgarni w celu nabycia podręcznika do nauki języka polskiego dla obcokrajowców. Nie znalazłam niczego satysfakcjonującego, lecz natknęłam się na książkę Orbitowskiego. Gruba, ciekawie się zapowiadająca. Wzięłam. Dopiero potem poszłam na szmatlumpy. Zakupiłam sobie (oczywiście niezbędne ;) elementy garderoby damskiej i usatysfakcjonowana, przepełniona zwykłym, prostackim zadowoleniem z rzeczy przyziemnych, do tego zakupionych z obniżką, udałam się na obiad do bistro, albowiem gotowanie w tym dniu również nie wchodziło w grę.
Idąc do domu, zauważyłam, że nareszcie nieśmiało zagląda do nas wiosna. Ptaki zaczęły dawać pierwsze koncerty, obumarła przyroda wydawała się być mniej martwa, gdy oświetlało ją słońce, a i ludzie szli jakoś żwawiej, z uśmiechami na twarzach.
Wszystko budzi się do życia. Zatacza się krąg odwieczny i nieskończony. A ja, po sobotnim resecie, weszłam w znajomy rytm, tylko mniej nerwowo i bez pośpiechu. Kiedy czuję ogarniający mnie chaos, organizuję sobie dzień lenia, aby uniknąć kolejnego tygodnia świra. "Faulenzen" - tak brzmi po niemiecku "próżnować, leniuchować". Warto czasami poddać się słodkiej "Faulenzerei" (to rzeczownik odczasownikowy - dla niewtajemniczonych), złapać oddech, wyhamować, a nawet się zatrzymać. Takie próżniacze dni są dla mnie jak perły - drogocenne, niepowtarzalne oraz skrupulatnie gromadzone. Są to rzadkie momenty, kiedy mam czas, by spojrzeć z boku na swoje życie i zastanowić się nad sobą. Potrzebuję ich, gdyż bezrefleksyjna egzystencja jest nie dla mnie.


Pozdrawiam wszystkich czytelników - mieszkających w Polsce, ale i za granicą. W statystykach podpatrzyłam, że moje wpisy są czytane także przez mieszkańców Stanów Zjednoczonych, Francji i Niemiec. Bardzo się cieszę, że mam swoje grono odbiorców :)
OdpowiedzUsuń