Ile kosztujesz

   Każdy ma swoją cenę. Takie zdanie usłyszałam na parapetówie u znajomego. "Każdego można kupić, to tylko kwestia ceny" - powiedział T. Nikt jakoś gwałtownie nie zaprzeczył, choć padło kilka zdań o tym, że wszystko zależy od przedmiotu przekupstwa. Jedna osoba oznajmiła, że gdyby ktoś oferował jej nawet milion, za coś, co głęboko nie zgadza się z jej przekonaniami, nigdy nie uległaby pokusie. Dla zasady. Inny uczestnik spotkania rzekł, iż za odpowiednią sumę, mógłby się złamać. Nawet w kwestii płatnego seksu, do tego z osobą tej samej płci, w perwersyjny sposób - mógłby się sprzedać. Ja powiedziałam, że nie wiem, jakbym się zachowała, gdyż jak dotąd nikt nie zaproponował mi jakiejś obłędnej kwoty za cokolwiek. Nawet za seks i to taki po misjonarsku chociażby.
   W związku z tym, że całe nasze grono należy do ludzi raczej doświadczonych życiowo, doszliśmy do wniosku, iż tak naprawdę można by się zarzekać, mówić o etyce, lecz nikt nie wie jak postąpiłby w konkretnej sytuacji, jak twardy ma kręgosłup moralny i ile są warte jego niby głęboko zakorzenione zasady. "Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono" (W. Szymborska). Znam ludzi, którzy są jak chorągiewka i potrafią dostosować się do zmieniających się warunków. To po części świadczy o niebywałej inteligencji - umieć zawsze się odnaleźć i wyczuć, skąd wieje wiatr oraz poddać się jego podmuchom. Znam też ludzi niezłomnych, choć jest ich zdecydowanie mniej. Często dostają po tyłku za ten swój nonkonformizm. Zachowują twarz i bez obrzydzenia patrzą codziennie w lustro. Niekiedy jednak płacą za to bardzo wysoką cenę, którą przy okazji płaci również ich rodzina. I znam ludzi zadziornych, którym wystarczy powiedzieć, że czegoś nie wolno, a już odbezpieczają schowany w kieszeni granat. Buntują się i robią na przekór, byleby zaakcentować wolność, którą uważają za wartość najwyższą.
   Zaczęłam myśleć o sobie. Jakim jestem człowiekiem i co jest dla mnie ważne? Na pewno nie jestem ślepo lojalna. To, że ktoś coś dla mnie zrobił, coś mi obiecał, załatwił czy pomógł, nie oznacza od razu, że do końca życia będę mu biła pokłony i odwzajemniała się w każdy możliwy sposób. Wszystko ma swoje granice. Mogę być czyjąś dłużniczką, jednak nie zrobię dla tego kogoś wszystkiego, o co mnie poprosi. Na przykład jakiś polityk, choćby obiecywał mi złote góry, nie uzyska mojego poparcia, jeśli jego program lub dotychczasowe postępowanie zdecydowanie mi nie odpowiada. W tej kwestii nie wchodzi w grę żadne przekupstwo. Owszem, jak dają, to się bierze, zwłaszcza, gdy te wszystkie kosztowne dary są opłacane przez tę część społeczeństwa, która płaci podatki tak jak to czynię chociażby ja. Tylko frajer by nie wziął forsy, którą ochoczo pobiera cała zgraja niepracujących, stałych klientów opieki. Płacę - biorę, pracuję - biorę, ale nie zmieni to moich poglądów. Poza tym żadne pieniądze nie są w stanie zakłócić mojego racjonalnego myślenia i chłodnej oceny sytuacji.
   Piłsudski powiedział kiedyś o Polakach, że to "naród wspaniały, tylko ludzie ku...y". Coś w tym jest. Kobieta lekkich obyczajów sprzedaje swoje usługi, często wcale nie za wygórowaną cenę. Sprzedaje swoje ciało, oddaje się różnym klientom. Można dopatrzyć się pewnej analogii w prymitywnym podejściu wielu ludzi, którzy za byle szmatławą kiełbasę wyborczą, są w stanie sprzedać swój głos poparcia. Liczy się tylko doraźny zysk, interes na tu i teraz, reszta jest nieważna. Mój napełniony kałdun, moja pełna kiesa i do tego najlepiej za nic. Nie płacę i nie pracuję, ale biorę. A co. Irytujące są wpisy typu: "Szlachta baluje, plebs haruje" umieszczane na portalach społecznościowych. I dołączone prześmiewcze teksty, takie jak: "I co tam plebs jutro do roboty? Heheheee". To świadczy o wyjątkowym ubóstwie intelektualnym i prostactwie. Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.
   Czekam na ten dzień, kiedy skończy się eldorado pseudoszlachty. Bo kiedyś się skończy. I liczę na to, że do społeczeństwa dotrze prosty fakt, że to nie państwo daje, to podatnicy zrzucają się na różne benefity. Uważam, że tak, jak jest to urządzone w wielu krajach UE, z benefitów korzystają głównie ludzie pracujący i odprowadzający podatki, zwłaszcza ci najmniej zarabiający, choć zamożni również otrzymują na przykład zasiłek na dzieci. Bo niby dlaczego ten, kto dokłada swoją cegiełkę do budżetu państwa, ma tylko dawać? Jestem przeciwna ustaleniu górnego progu dochodowego przy przyznawaniu pieniędzy dla dzieci. Z kolei jestem zdania, iż powinny je otrzymywać wyłącznie rodziny, w których przynajmniej jeden z rodziców pracuje. Podobnie rzecz się przedstawia z innymi prezentami w postaci chociażby  emerytur dla matek czworga dzieci. Emerytura jakakolwiek powinna przysługiwać, gdy człowiek przepracuje konkretną liczbę lat np. piętnaście. Liczba dzieci nie ma tu nic do rzeczy. Kobieta rozmnaża się do pewnego wieku. Odchowawszy najmłodsze dziecię do wieku przedszkolnego, śmiało może jeszcze do sześćdziesiątki sobie popracować. Uważam, że tak byłoby zwyczajnie sprawiedliwie. Aby coś dostać, trzeba coś od siebie dać.
   Za ile Polacy są w stanie sprzedać ten kraj? Za trzy stówy? Za pięć stów? Za tysiaka? Za darmowy ciepły posiłek w szkole? Gwarancję najniższej emerytury za całożyciowe pierdzenie w kanapę? Czasami myślę, że nie zasłużyliśmy na wolność, nie dorośliśmy do niej. Poprzednie pokolenia walczyły o nią, a teraz wyrasta na naszych oczach społeczeństwo sprzedajnych warchlaków. Nie korzystamy z możliwości wrzucenia swojego cennego głosu do urny. Kobiety, niegdyś pozbawione tej możliwości, dziś nie doceniają poświęcenia sufrażystek i wolą nie wyściubiać nosa z izby. Smutno i straszno.
   Wiem, polityka to takie małe bagienko i ze świecą szukać dobrego reprezentanta naszych własnych przekonań, lecz czasami trzeba wybrać z tego, co jest. Wybrać. Całe życie dokonujemy jakichś wyborów i ponosimy ich skutki. Niebawem również będziemy mieli taką możliwość. Aby nie psioczyć, należy coś zrobić. Jeśli chcemy coś zmienić, musimy coś dać od siebie.  Zrezygnować z doraźnych korzyści na rzecz wartości nie do kupienia.

Komentarze

Popularne posty