Fałszywa skromność
Podobno wiele kobiet nie potrafi przyjmować komplementów. Niniejszym oświadczam, że ja do nich nie należę. Dowód? Niedawno pewien mężczyzna stwierdził:
- Chyba urósł ci tyłek.
- Naprawdę zauważyłeś??? - zareagowałam entuzjastycznie. - To świetnie! Bo właśnie o to mi chodziło. Dzięki!
Facet zdębiał. A ja na serio byłam zadowolona. Ostatnimi czasy nie miałam w życiu lekko i straciłam parę kilogramów. Z jednej strony moje nogi zeszczuplały i nareszcie mogłam je wyeksponować, z drugiej mój tyłek i piersi zrobiły się jakieś... marne. Stwierdziłam, że przytyję, bo lubię mieć na czym siedzieć i czym oddychać. Poza tym, jak mawiają mężczyźni - najpierw masa, potem rzeźba. Tak więc zrobiłam masę, a teraz ją kształtuję na zajęciach sportowych. Wspaniale.
To oczywiście żartobliwa, lecz najprawdziwsza i szczera w swej wymowie anegdota. Jednak poważnie mówiąc, potrafię przyjąć i konstruktywną krytykę, i komplement. Nie jestem żadną pięknością, lecz często słyszę miłe słowa z ust mężczyzn i kobiet. Zawsze dziękuję i nie staram się umniejszać w ich oczach. I tu pojawia się niekiedy problem, gdyż nie zawsze spotyka się to z uznaniem ze strony komplementującego. Tak jakby świadomość swojej wartości była przejawem pychy i zarozumiałości. Zamiast tego powinno się kajać, mówiąc, że owszem - oczy mam ładne, ale te beznadziejne włosy... Albo - mam wąską talię, ale za to nogi jak u dinozaura. W tej sukience wyglądam szczupło, lecz gdyby ktoś zobaczył mnie w spodniach to dostałby zawału. I co z tego, że mam pięknie wykrojone usta, skoro zęby przypominają roztańczone nutki. Mile widziane jest bycie taką fałszywą skromnisią.
Kiedy ostatnio inny mężczyzna powiedział, że jestem niezbyt wysoka, a dokładnie stwierdził, iż taka mała kura ze mnie, odparłam:
- No i co z tego. I tak jestem fajna.
W zamian otrzymałam diagnozę:
- Chyba masz zbyt wysoką samoocenę.
- Nie - odpowiedziałam z uśmiechem. - Ja mam ADEKWATNĄ samoocenę.
I nic więcej już nie usłyszałam. Nie wiem, co sobie wyobrażał ten gość, ale nie zamierzam udawać, że tak - oprócz tego, że jestem małą kurą, to na dodatek nic nie wartą, zahukaną, zakompleksioną dziewczynką i nie dostrzegam w sobie niczego dobrego. Osiągnęłam już taki wiek i taką świadomość swojej wartości, że nie ma mowy, żebym cofnęła się do niechlubnych lat młodzieńczych, kiedy myślałam o sobie w dużej mierze źle. Mała, głupia, nieatrakcyjna, biedna - takie kody są już dawno usunięte z mojej głowy.
Zawsze powtarzam każdej osobie, z którą rozmawiam o poczuciu wartości, że nie ma ludzi bezwartościowych. Każdy ma w sobie jakieś ziarenko, a nawet całą masę pozytywnych cech, tylko trzeba je dostrzec i na nich się skupić. Oczywiście nie należy popadać w samouwielbienie, lecz także nie wolno skupiać się wyłącznie na wadach. Na nich nie zbuduje się dobrego życia i samopoczucia, a to niezwykle istotne w codziennych zmaganiach. Poza tym dzięki swoim zaletom i talentom można dokonać pięknych rzeczy, pomóc innym ludziom, sprawić, by świat był bardziej kolorowy.
Dlatego, gdy patrzysz w lustro, spójrz na siebie okiem dobrego krytyka. Na pewno zauważysz w sobie jakieś elementy, które nie są idealne. Skoncentruj się jednak na tych, które są piękne. Nie wierzę, że ich nie posiadasz. Poza tym istnieje piękno wewnętrzne, zatem zastanów się - co sprawia, że jesteś naprawdę pięknym człowiekiem? A żeby to piękno się nie marnowało, zrób coś dla innych, daj im uszczknąć trochę tego piękna, nacieszyć się. Zamiast być wiecznym malkontentem, spróbuj roztaczać wokół siebie dobrą aurę. Nie ma nic gorszego niż towarzystwo kogoś ciągle sfrustrowanego i narzekającego.
Jedną z cech, które wysoko sobie cenię, jest poczucie humoru. Gdyby nie ono, wiele razy chyba bym oszalała. Nie na próżno w trudnych czasach ponurą atmosferę rozładowują kabarety albo memy, krążące po necie. Podobnie rzecz się przedstawia w życiu codziennym. Dawka humoru, nawet tego czarnego, łagodzi napięcie. Bardzo szanuję ludzi, którzy mimo wielu trudności napotykanych na swej drodze, nie zatruwają wokół siebie powietrza żalem do całego świata. Umieją obrócić w żart różne sytuacje i mają do siebie dystans. I mimo wszystko zachowują pogodę ducha. A ponadto robią użytek z różnych rzekomych mankamentów. Ja na przykład po wyrzeźbieniu swojego powiększonego tyłka zamierzam ściskając żelazne pośladki, rozłupywać orzechy włoskie. A jeśli dupsko jeszcze bardziej mi urośnie, to zabiorę się nawet za orzechy kokosowe. Poza tym w większej dupie można więcej pomieścić ;)
- Chyba urósł ci tyłek.
- Naprawdę zauważyłeś??? - zareagowałam entuzjastycznie. - To świetnie! Bo właśnie o to mi chodziło. Dzięki!
Facet zdębiał. A ja na serio byłam zadowolona. Ostatnimi czasy nie miałam w życiu lekko i straciłam parę kilogramów. Z jednej strony moje nogi zeszczuplały i nareszcie mogłam je wyeksponować, z drugiej mój tyłek i piersi zrobiły się jakieś... marne. Stwierdziłam, że przytyję, bo lubię mieć na czym siedzieć i czym oddychać. Poza tym, jak mawiają mężczyźni - najpierw masa, potem rzeźba. Tak więc zrobiłam masę, a teraz ją kształtuję na zajęciach sportowych. Wspaniale.
To oczywiście żartobliwa, lecz najprawdziwsza i szczera w swej wymowie anegdota. Jednak poważnie mówiąc, potrafię przyjąć i konstruktywną krytykę, i komplement. Nie jestem żadną pięknością, lecz często słyszę miłe słowa z ust mężczyzn i kobiet. Zawsze dziękuję i nie staram się umniejszać w ich oczach. I tu pojawia się niekiedy problem, gdyż nie zawsze spotyka się to z uznaniem ze strony komplementującego. Tak jakby świadomość swojej wartości była przejawem pychy i zarozumiałości. Zamiast tego powinno się kajać, mówiąc, że owszem - oczy mam ładne, ale te beznadziejne włosy... Albo - mam wąską talię, ale za to nogi jak u dinozaura. W tej sukience wyglądam szczupło, lecz gdyby ktoś zobaczył mnie w spodniach to dostałby zawału. I co z tego, że mam pięknie wykrojone usta, skoro zęby przypominają roztańczone nutki. Mile widziane jest bycie taką fałszywą skromnisią.
Kiedy ostatnio inny mężczyzna powiedział, że jestem niezbyt wysoka, a dokładnie stwierdził, iż taka mała kura ze mnie, odparłam:
- No i co z tego. I tak jestem fajna.
W zamian otrzymałam diagnozę:
- Chyba masz zbyt wysoką samoocenę.
- Nie - odpowiedziałam z uśmiechem. - Ja mam ADEKWATNĄ samoocenę.
I nic więcej już nie usłyszałam. Nie wiem, co sobie wyobrażał ten gość, ale nie zamierzam udawać, że tak - oprócz tego, że jestem małą kurą, to na dodatek nic nie wartą, zahukaną, zakompleksioną dziewczynką i nie dostrzegam w sobie niczego dobrego. Osiągnęłam już taki wiek i taką świadomość swojej wartości, że nie ma mowy, żebym cofnęła się do niechlubnych lat młodzieńczych, kiedy myślałam o sobie w dużej mierze źle. Mała, głupia, nieatrakcyjna, biedna - takie kody są już dawno usunięte z mojej głowy.
Zawsze powtarzam każdej osobie, z którą rozmawiam o poczuciu wartości, że nie ma ludzi bezwartościowych. Każdy ma w sobie jakieś ziarenko, a nawet całą masę pozytywnych cech, tylko trzeba je dostrzec i na nich się skupić. Oczywiście nie należy popadać w samouwielbienie, lecz także nie wolno skupiać się wyłącznie na wadach. Na nich nie zbuduje się dobrego życia i samopoczucia, a to niezwykle istotne w codziennych zmaganiach. Poza tym dzięki swoim zaletom i talentom można dokonać pięknych rzeczy, pomóc innym ludziom, sprawić, by świat był bardziej kolorowy.
Dlatego, gdy patrzysz w lustro, spójrz na siebie okiem dobrego krytyka. Na pewno zauważysz w sobie jakieś elementy, które nie są idealne. Skoncentruj się jednak na tych, które są piękne. Nie wierzę, że ich nie posiadasz. Poza tym istnieje piękno wewnętrzne, zatem zastanów się - co sprawia, że jesteś naprawdę pięknym człowiekiem? A żeby to piękno się nie marnowało, zrób coś dla innych, daj im uszczknąć trochę tego piękna, nacieszyć się. Zamiast być wiecznym malkontentem, spróbuj roztaczać wokół siebie dobrą aurę. Nie ma nic gorszego niż towarzystwo kogoś ciągle sfrustrowanego i narzekającego.
Jedną z cech, które wysoko sobie cenię, jest poczucie humoru. Gdyby nie ono, wiele razy chyba bym oszalała. Nie na próżno w trudnych czasach ponurą atmosferę rozładowują kabarety albo memy, krążące po necie. Podobnie rzecz się przedstawia w życiu codziennym. Dawka humoru, nawet tego czarnego, łagodzi napięcie. Bardzo szanuję ludzi, którzy mimo wielu trudności napotykanych na swej drodze, nie zatruwają wokół siebie powietrza żalem do całego świata. Umieją obrócić w żart różne sytuacje i mają do siebie dystans. I mimo wszystko zachowują pogodę ducha. A ponadto robią użytek z różnych rzekomych mankamentów. Ja na przykład po wyrzeźbieniu swojego powiększonego tyłka zamierzam ściskając żelazne pośladki, rozłupywać orzechy włoskie. A jeśli dupsko jeszcze bardziej mi urośnie, to zabiorę się nawet za orzechy kokosowe. Poza tym w większej dupie można więcej pomieścić ;)


Inspirujący zabawny, doskonały. Dziękuję Ci za ten wpis :-)
OdpowiedzUsuńProszę bardzo :) Cieszę się, że poświęciłeś/łaś czas na wizytę na moim blogu :)
UsuńI tak trzymać! Moje dupsko też nabrało kilogramów i co? Mam rozpaczać? Nigdy w życiu, lepiej mieć taką niż suchą jak szczapa. Popieram takie odpowiedzi, a dlaczego mamy zaprzeczać? Kiedyś na komplement odpowiedziałam dziękuję, wiem. I było mi z tym dobrze.
OdpowiedzUsuń