Samodzielność dzieci...
Akurat miałam okazję wracać z urlopu w górach naszą rodzimą komunikacją IC. Do niewątpliwych profitów należało podstawienie wagonu pierwszej klasy w zamian za wagon drugiej klasy. W przedziałach stosunkowo cicho, maksymalnie sześć osób, siedzenia wygodne - widać progres w zakresie jakości usług kolei. Ponadto w toalecie czysto, ciepła woda w kranie, papier toaletowy, po prostu luksus, o jakim można było pomarzyć w czasach, kiedy podróżowałam jako licealistka czy studentka. Dodam, że zauważam pozytywne zmiany i mając porównanie do stanu z przeszłości - doceniam.
Rozgościłam się w swoim przedziale. Celowo zarezerwowałam sobie miejsce przy stoliku, żebym zwyczajowo mogła wyjąć swój niezbędnik: telefon z aplikacją do nauki języka niemieckiego, słuchawki, specjalny, czerwony zeszyt do notowania, piórnik, czasopismo i powieść. Czekało mnie osiem godzin jazdy, dlatego zabezpieczyłam się odpowiednio przed ewentualnym mitrężeniem czasu na bzdety. Nie lubię wdawać się w rozmowy ze współpasażerami i nie lubię być zagadywana, dlatego okopuję się robotą, nauką i czym tylko mogę, żeby skutecznie odizolować się od świata. Gdy niedawno pewien mężczyzna zaczepił mnie pytaniem, dokąd jadę i jednocześnie wyrwał mnie ze stanu głębokiego skupienia nad testem z niemca, podniosłam głowę i spojrzałam na niego nieprzytomnie. "A czemu pan pyta?" - wypaliłam. Gość trochę się speszył. I dobrze. Na co mu wiadomość, dokąd jadę. "Chciałem po prostu nawiązać rozmowę...". "Acha. Tylko widzi pan, jestem zajęta" - zakończyłam ten krótki i całkowicie przeze mnie niepożądany dialog. Cóż, chyba jestem trochę aspołeczna.
Przeważnie nie interesują mnie pasażerowie pociągów ani to, co robią, mówią. Jednak podczas tej podróży powrotnej coś mnie zaintrygowało. Otóż, w Lesznie do przedziału wsiadł chłopiec. Mógł mieć dziesięć lat. Targał plecak i wielką torbę. Był sam. Jeden z facetów, znajdujących się w przedziale, pomógł mu wrzucić torbę na półkę. Chłopiec usiadł, wyciągnął telefon i zakomunikował komuś z rodziny, że wszystko w porządku. Potem, co wynikło z rozmowy, zadzwonił do ojca i powiedział mu, o której powinien być w Poznaniu. I że sam z dworca przemieści się autobusem do domu. Następnie wyjął kostkę Rubika i trochę nieudolnie próbował ją rozgryźć. W przedziale zapadła cisza. Starsza kobieta, siedząca obok mnie, spojrzała na mnie, a ja na nią. Odniosłam wrażenie, że rozumiemy się bez słów. W jej spojrzeniu zauważyłam niedowierzanie, że dziecko samo podróżuje.
Dwadzieścia lat temu, widząc małolata samotnie jadącego pociągiem, zapewne też bym się zdziwiła. Jednak nie aż tak bardzo jak dzisiaj. Dlaczego? Ano dlatego, że w obecnych czasach dzieci są ubezwłasnowolnione przez dorosłych aż do przesady. Na przykład w szkołach kategorycznie zabronione jest zostawianie dzieci choćby na minutę bez opieki nauczyciela. Czasem dochodzi do takich absurdów, że pani nauczycielka musi iść z uczniami do stołówki, nalewa im zupkę i nosi drugie danie niczym kelnerka. Dzieci przed lekcjami są przekazywane przez rodziców do rąk nauczycielki, a następnie po zajęciach odwrotnie - nauczycielka oddaje dzieci do rąk własnych rodziców. Niedobitki są przez nią odprowadzane do świetlicy. Broń Boże, żeby dzieciak sam pokonał dystans kilkunastu metrów z jednego miejsca do drugiego. A nuż złamie sobie nogę, przewróci się, udławi się kanapką lub zakrztusi wodą z butelki z dzióbkiem. Wtedy to jest wina nauczyciela. Na przerwach nauczyciel musi być cyborgiem z oczami dookoła głowy, ale jeśli i tak ktoś kogoś opluje, wyzwie, jeden drugiemu strzeli z liścia lub podstawi nogę - to wina nauczyciela. Chamski chłopak klepnie w tyłek koleżankę - wina nauczyciela. W szatni jeden drugiemu rozwali łeb o szafkę - wina nauczyciela, ponieważ nie przewidział, iż akurat w tym fyrtlu dojdzie do tragedii i bezczelnie rozdzielał tłukących się uczniów w innej części korytarza. Win tych jest tak wiele, że nie sposób ich wszystkich zliczyć. Podsumowując - dziecko ma być strzeżone lepiej niż dane osobowe po wprowadzeniu nowych przepisów RODO.
W domu spora część rodziców kultywuje psychozę nadopiekuńczości. Ogólnie rzecz biorąc mamusie i tatusiowie popadają ze skrajności w skrajność. Jedni dają taki kredyt zaufania swoim pociechom, że nie wiedzą, gdzie po dwudziestej drugiej się one znajdują, a drudzy nie wypuszczają dzieci samych na podwórko czy na zakupy. Oprócz tego szykują swoim nastolatkom kanapki, robią "kakałko" i niemalże podcierają pupcię, żeby się nie odparzyła. Ponadto prawie do matury siedzą i odrabiają z nimi lekcje, rozwiązują za nie zadania i piszą prace, a pod koniec studiów czują się odpowiedzialni za kształt pracy inżynierskiej czy magisterskiej. Z jednej strony pozwalają zrobić prawo jazdy i kupują osiemnastolatkowi auto, z drugiej piorą mu gacie i skarpetki w rękach, prasują koszulki i robią porządek w pokoju. Jeśli dzieciak zaliczy jakąś porażkę, obwiniają wszystkich dookoła. A potem... okazuje się, że mają w domu trzydziestoparoletnie bobo wymagające całodobowej opieki.
Dlatego widok tego chłopca, poruszającego się pociągiem z Leszna do Poznania, wydał mi się zdumiewający i niespotykany zarazem. Szczerze mówiąc nie wiem, jak się do tego ustosunkować. Czy to dobrze, że rodzice pozwalają mu na takie lekcje samodzielności, czy jednak to lekka przesada, biorąc pod uwagę, że dziecko w takim wieku mimo wszystko powinno podróżować z kimś dorosłym. Zresztą przepisy zabraniają dzieciom do dziesiątego roku życia poruszania się poza domem bez opieki, z czego nie wszyscy rodzice zdają sobie sprawę. Jednocześnie codziennym widokiem jest dzieciarnia buszująca po podwórkach i boiskach do późnych godzin wieczornych bez ani jednego dorosłego opiekuna czuwającego nad jej bezpieczeństwem. I są to te same dzieci, którym w szkole pani nalewa zupkę w stołówce, kroi na kawałeczki kotlecika, a także wiąże sznurowadła oraz wyciera obsmarkane nosy. Hm… Sama nie wiem...
Rozgościłam się w swoim przedziale. Celowo zarezerwowałam sobie miejsce przy stoliku, żebym zwyczajowo mogła wyjąć swój niezbędnik: telefon z aplikacją do nauki języka niemieckiego, słuchawki, specjalny, czerwony zeszyt do notowania, piórnik, czasopismo i powieść. Czekało mnie osiem godzin jazdy, dlatego zabezpieczyłam się odpowiednio przed ewentualnym mitrężeniem czasu na bzdety. Nie lubię wdawać się w rozmowy ze współpasażerami i nie lubię być zagadywana, dlatego okopuję się robotą, nauką i czym tylko mogę, żeby skutecznie odizolować się od świata. Gdy niedawno pewien mężczyzna zaczepił mnie pytaniem, dokąd jadę i jednocześnie wyrwał mnie ze stanu głębokiego skupienia nad testem z niemca, podniosłam głowę i spojrzałam na niego nieprzytomnie. "A czemu pan pyta?" - wypaliłam. Gość trochę się speszył. I dobrze. Na co mu wiadomość, dokąd jadę. "Chciałem po prostu nawiązać rozmowę...". "Acha. Tylko widzi pan, jestem zajęta" - zakończyłam ten krótki i całkowicie przeze mnie niepożądany dialog. Cóż, chyba jestem trochę aspołeczna.
Przeważnie nie interesują mnie pasażerowie pociągów ani to, co robią, mówią. Jednak podczas tej podróży powrotnej coś mnie zaintrygowało. Otóż, w Lesznie do przedziału wsiadł chłopiec. Mógł mieć dziesięć lat. Targał plecak i wielką torbę. Był sam. Jeden z facetów, znajdujących się w przedziale, pomógł mu wrzucić torbę na półkę. Chłopiec usiadł, wyciągnął telefon i zakomunikował komuś z rodziny, że wszystko w porządku. Potem, co wynikło z rozmowy, zadzwonił do ojca i powiedział mu, o której powinien być w Poznaniu. I że sam z dworca przemieści się autobusem do domu. Następnie wyjął kostkę Rubika i trochę nieudolnie próbował ją rozgryźć. W przedziale zapadła cisza. Starsza kobieta, siedząca obok mnie, spojrzała na mnie, a ja na nią. Odniosłam wrażenie, że rozumiemy się bez słów. W jej spojrzeniu zauważyłam niedowierzanie, że dziecko samo podróżuje.
Dwadzieścia lat temu, widząc małolata samotnie jadącego pociągiem, zapewne też bym się zdziwiła. Jednak nie aż tak bardzo jak dzisiaj. Dlaczego? Ano dlatego, że w obecnych czasach dzieci są ubezwłasnowolnione przez dorosłych aż do przesady. Na przykład w szkołach kategorycznie zabronione jest zostawianie dzieci choćby na minutę bez opieki nauczyciela. Czasem dochodzi do takich absurdów, że pani nauczycielka musi iść z uczniami do stołówki, nalewa im zupkę i nosi drugie danie niczym kelnerka. Dzieci przed lekcjami są przekazywane przez rodziców do rąk nauczycielki, a następnie po zajęciach odwrotnie - nauczycielka oddaje dzieci do rąk własnych rodziców. Niedobitki są przez nią odprowadzane do świetlicy. Broń Boże, żeby dzieciak sam pokonał dystans kilkunastu metrów z jednego miejsca do drugiego. A nuż złamie sobie nogę, przewróci się, udławi się kanapką lub zakrztusi wodą z butelki z dzióbkiem. Wtedy to jest wina nauczyciela. Na przerwach nauczyciel musi być cyborgiem z oczami dookoła głowy, ale jeśli i tak ktoś kogoś opluje, wyzwie, jeden drugiemu strzeli z liścia lub podstawi nogę - to wina nauczyciela. Chamski chłopak klepnie w tyłek koleżankę - wina nauczyciela. W szatni jeden drugiemu rozwali łeb o szafkę - wina nauczyciela, ponieważ nie przewidział, iż akurat w tym fyrtlu dojdzie do tragedii i bezczelnie rozdzielał tłukących się uczniów w innej części korytarza. Win tych jest tak wiele, że nie sposób ich wszystkich zliczyć. Podsumowując - dziecko ma być strzeżone lepiej niż dane osobowe po wprowadzeniu nowych przepisów RODO.
W domu spora część rodziców kultywuje psychozę nadopiekuńczości. Ogólnie rzecz biorąc mamusie i tatusiowie popadają ze skrajności w skrajność. Jedni dają taki kredyt zaufania swoim pociechom, że nie wiedzą, gdzie po dwudziestej drugiej się one znajdują, a drudzy nie wypuszczają dzieci samych na podwórko czy na zakupy. Oprócz tego szykują swoim nastolatkom kanapki, robią "kakałko" i niemalże podcierają pupcię, żeby się nie odparzyła. Ponadto prawie do matury siedzą i odrabiają z nimi lekcje, rozwiązują za nie zadania i piszą prace, a pod koniec studiów czują się odpowiedzialni za kształt pracy inżynierskiej czy magisterskiej. Z jednej strony pozwalają zrobić prawo jazdy i kupują osiemnastolatkowi auto, z drugiej piorą mu gacie i skarpetki w rękach, prasują koszulki i robią porządek w pokoju. Jeśli dzieciak zaliczy jakąś porażkę, obwiniają wszystkich dookoła. A potem... okazuje się, że mają w domu trzydziestoparoletnie bobo wymagające całodobowej opieki.
Dlatego widok tego chłopca, poruszającego się pociągiem z Leszna do Poznania, wydał mi się zdumiewający i niespotykany zarazem. Szczerze mówiąc nie wiem, jak się do tego ustosunkować. Czy to dobrze, że rodzice pozwalają mu na takie lekcje samodzielności, czy jednak to lekka przesada, biorąc pod uwagę, że dziecko w takim wieku mimo wszystko powinno podróżować z kimś dorosłym. Zresztą przepisy zabraniają dzieciom do dziesiątego roku życia poruszania się poza domem bez opieki, z czego nie wszyscy rodzice zdają sobie sprawę. Jednocześnie codziennym widokiem jest dzieciarnia buszująca po podwórkach i boiskach do późnych godzin wieczornych bez ani jednego dorosłego opiekuna czuwającego nad jej bezpieczeństwem. I są to te same dzieci, którym w szkole pani nalewa zupkę w stołówce, kroi na kawałeczki kotlecika, a także wiąże sznurowadła oraz wyciera obsmarkane nosy. Hm… Sama nie wiem...


Komentarze
Prześlij komentarz