Marketowa scenka rodzajowa


    Jestem zdegustowana. Chamstwem i prostactwem. Nic mnie nie rusza bardziej niż prostackie i buraczane zachowanie w miejscach publicznych. Bo oto stoję ja sobie w długiej kolejce w pewnym markecie, do którego chadzam w ostateczności z racji właśnie kolejek, i nie powiem – jestem poirytowana, gdyż zapadam właśnie w popołudniową śpiączkę, a tu końca męczarni nie widać. Kolejka długa jak jasny gwint, pani kasjerce pot wystąpił na czoło i skronie, mnie pot leci po plecach, ale dzielnie stoję i rozumiem, staram się zrozumieć sytuację. Bo cóż może począć biedna kasjerka, że akurat jest zmiana warty, nikogo poza nią nie ma w kasach, a zarząd firmy ma chyba w głębokim poważaniu niedostateczny stan zatrudnienia w sklepie. Czuję, że usnę na stojąco, wszystko spowalnia, nawet powieki mrugają mi jakoś wolniej i łapię się na tym, że mam już właściwie w tyłku to, że jestem tu gdzie jestem. Za mną stoją dwie młode kobiety, w tym jedna z dzieckiem w wózku i dwójką obsmarkanych berbeci snujących się przy jej nogach. Tupie ona nerwowo i syczy do tej drugiej jakieś przekleństwa, złorzecząc na to całe czekanie. Dzieciak zaś smacznie sobie śpi, nie sprawiając żadnego kłopotu zniecierpliwionej matce. W końcu puszczają jej hamulce i na cały głos wyraża swoje niezadowolenie:
- Czy może ktoś tu kurwa przyjść, do chuja???
    Odwracam się powoli i patrzę na nią lekko nieprzytomnym wzrokiem. Wybudzam się ze stanu śpiączki. Serce mi znowu bije szybciej. Wracam wzrokiem i całą sobą przed siebie. Nie chcę patrzeć na tępy wyraz jej twarzy. Ostatnio usłyszałam zabawne poniekąd określenie na tego typu kobiety - „pięćsetplusiara”. Pięćsetplusiara nie daje za wygraną:
- No do pizdy! Czy kurwa długo tu mam stać?! Co to jest, żeby kurwa trzeba było z dziećmi stać tyle czasu?!
    Ponownie się odwracam. Już mam na końcu języka kilka słów upomnienia dla troglodytki, lecz po chwili dochodzę do wniosku, że szkoda moich nerwów. Zapewne powie mi, żebym się odpierdoliła albo coś w tym stylu. Rezygnuję. Choć, gdybym się odważyła odezwać, brzmiałoby to mniej więcej tak:
- Jak się pani zachowuje? Podkreśla pani, że stoi z dziećmi i przy tychże dzieciach używa takich wulgarnych słów??? To jest miejsce publiczne i powinna się pani opanować. Poza tym widzi pani, że nic innego nie można zrobić w tej sytuacji jak tylko czekać.
    Gdybym powiedziała, co myślę, zabrzmiałoby to dobitniej, co niestety chyba odniosłoby lepszy efekt:
- Co drzesz mordę tępa dzido!? Zważ na słowa przy dzieciakach i mi tu nie kurwuj, bo mnie to wnerwia. Poza tym raczej do żadnej roboty się nie spieszysz, więc stul pysk i czekaj cierpliwie.
    Sama nie wiem. Tak sobie tylko snuję rozważania, co nie oznacza, że bym się tak zachowała. Jednak ta pierwsza wersja jest słaba. Troglodytka wyśmiałaby mnie i miała za frajerkę. Wersja druga z kolei mogłaby wzbudzić w niej jeszcze większą agresję i skończyłaby się pyskówką, która mogłaby przejść płynnie, aczkolwiek wartkim tempem do rękoczynów. A że akurat byłam w śpiączkowym stanie i refleks miałam nieco przytłumiony, więc to starcie mogłabym przypłacić utratą przedniej części klawiatury. No i pozostaje jeszcze kwestia prostactwa w miejscu publicznym, którego się brzydzę. Nie chcę być prostacką rurą. Ograniczam się zatem do myśli „co by było, gdyby...”. Jednocześnie dochodzę do wniosku, że z chamami i chamkami spotykam się coraz częściej.
    Nie żebym sama nieraz nie wyrażała się dosadnie, co to to nie. Jednak nie zawsze i nie wszędzie. W nadmiarze dowodzi to niewiarygodnego braku wychowania, ubóstwa językowego i przynależności do totalnych nizin społecznych. Niziny zaś ostatnio, z racji nobilitacji przez system wspomagania finansowego, coraz częściej wypełzają na wierzch i atakują odważniej przestrzeń publiczną. Najbardziej porażający jest widok kilku młodych matek z chmarą dzieciarni i wózkami, matek palących przy potomstwu papierosy, krzyczących za rozbieganą zgrają przy użyciu niewybrednych „przecinków”. Równie dobijający jest obraz młodych mężczyzn spijających w miejscach publicznych kolejne piwka czy grupki okolicznych żulików obojga płci snujących się ulicami od samego rana.  
        Ogólnie rzecz biorąc, gdy idę do pracy lub z niej wracam i mijam opisane towarzystwo, dochodzę do wniosku, że niektórzy ludzie to jednak mają dużo wolnego czasu. Za dużo wolnego czasu, z którym nie wiedzą, co począć. Kasa płynie za nic, a ich roszczenia nigdy nie będą w pełni zaspokojone. Za to reszta społeczeństwa zasuwa jak żuczki, żeby skądś się wzięły fundusze na cudne programy z plusem w nazwie. I jeszcze takie bydło po robocie śmie tworzyć długaśne kolejki w sklepie. A taka mamuśka z wózkiem doprowadzona do furii czekaniem musi kląć jak szewc. No po prostu musi, bo się udusi.
    Tymczasem udało mi się dotrzeć do kasy, szybciutko ogarnęłam swoje zakupy, byleby jak najszybciej iść wreszcie do domu. Do azylu. Jeszcze w drzwiach usłyszałam ciężkie westchnienie troglodytki i chamskie komentarze w stosunku do uwijającej się jak w ukropie ekspedientki. Nikt nie zwrócił uwagi chamce. Ja też. Czyżby wizja Mrożka przedstawiona w „Tangu” miała szansę się spełnić? Po raz kolejny w historii?

Komentarze

Popularne posty