Chcę się cieszyć życiem
Dziś robota nie szła mi zupełnie. Rano, wstając z łóżka w promieniach słońca przedzierającego się przez żaluzje do mojego pokoju, postanowiłam, że posprzątam trochę w domu. Widok fruwających kotów i kurz osiadły na stoliku nocnym nieco mnie irytowały. Poza tym wypadało ogarnąć łazienkę. Wstałam leniwie, obmyłam twarz, nakremowałam ją i poszłam do kuchni. Zrobiłam sobie królewskie śniadanie - żeby mieć siłę do sprzątania rzecz jasna. Następnie przygotowałam kawę z ekspresu - żeby mieć więcej energii i definitywnie przegnać tkwiącego we mnie głęboko lenia. Następnie, nadal będąc pod wpływem ostatnio obejrzanego filmu, włączyłam sobie na sprzęcie muzycznym największe hity Queen-u. Już byłam w łazience, już miałam założone gumowe rękawiczki i trzymałam gąbkę do mycia, gdy usłyszałam "Bohemian Rapsody" graną akurat podczas słynnego koncertu Live Aid. Nie mogłam się powstrzymać. Odłożyłam gąbkę i poszłam do pokoju. Włączyłam głos na full i stałam jak zaczarowana. Boże, co to był za człowiek! Freddie ma się rozumieć. Co za talent, ta pewność siebie na scenie, swoboda i czysta radość czerpana z występowania przed tak liczną publicznością! Stałam w tych idiotycznych rękawiczkach i nie mogłam wrócić do łazienki. W końcu ustawiłam ostatni teledysk, w którym wystąpił Freddie. Ten utwór, These Are The Days Of Our Lives, zawsze wzbudza we mnie ogromny smutek. Gdy patrzę na tego wielkiego człowieka zniszczonego przez chorobę, czuję rosnącą kluchę w gardle. Z trudem powstrzymuję łzy w momencie, w którym najpierw opuszcza głowę i uśmiecha się pod nosem, a potem ją podnosi i patrzy prosto w oko kamery i mówi: "I still love you".
Odszedł. Choć do końca żył muzyką. Ten utwór w moim odczuciu jest przepełniony smutkiem i żalem. Jest jak pożegnanie. Z życiem, które kończy się zbyt szybko, z ludźmi, którzy są potrzebni do tego życia, z otaczającym światem, który po odejściu kolejnego człowieka, nadal będzie istniał. Każdemu wydaje się, że bez niego świat stanie w miejscu. To nieprawda. Życie milionów ludzi toczy się dalej, jakby nic się nie stało. Garstka będzie naprawdę czuła pustkę po kimś, kto umarł. W końcu i ta niewielka grupka skurczy się maksymalnie, aż też przestanie istnieć. Owszem, jednostki wybitne przetrwają w pamięci zbiorowej, ale to już nie to samo, co dogłębny żal, taki rozrywający duszę, żal, który czują tylko szczególnie bliscy ludzie. Tacy, którzy znają jak nikt inny wszystkie odsłony natury danego człowieka, których łączą z nim wspomnienia dobrych i złych chwil, którzy byli z nim do samego końca. Na szczęście smutek kiedyś blaknie. W przeciwnym razie można by zwariować. Jednak w sercu pozostaje dziura, której nie jest w stanie nikt i nic zasklepić.
Od dłuższego czasu żegnam się z różnymi ludźmi. Jedni byli i nadal są dla mnie szczególnie ważni, inni mniej, ale za każdym razem przeżywam tę stratę. Z puzzli mojego świata, budowanego całymi latami, ubywa kolejnych elementów. I obraz nie jest już pełen. Ostatnio pożegnałam koleżankę. Kilka lat starszą ode mnie. Umarła nagle pozostawiając w szoku swoją rodzinę. Jeszcze nie tak dawno rozmawiałyśmy i śmiałyśmy się na rynku. Ciągle słyszę jej głos, widzę jej roześmianą twarz, mogę popatrzeć na je zdjęcie, odtworzyć filmik. Tak jak mogę wrócić do siebie sprzed kilkunastu lat i spojrzeć w oczy tamtej młodziutkiej dziewczynie z fotografii, uśmiechnąć się do własnego wizerunku, tak też, cofając się w czasie, mogę przypomnieć sobie tyle różnych momentów. Zdjęcia są magiczne. Zatrzymują tę chwilę i zawieszonego w niej człowieka. Na nagranych filmach jeszcze wyraźniej można dostrzec, jaki ktoś był, jak się zachował, jak brzmiał tembr jego głosu, jakie miał spojrzenie. Dziwne jest uczucie, że patrzy się na kogoś, kogo już nie ma. Ciało uległo rozkładowi, dusza gdzieś uleciała, pozostają wspomnienia i pamiątki.
Czy można oswoić się ze stratą kogoś bliskiego? Czy kiedykolwiek można się na stratę impregnować? Mniej przeżywać, gdy bierze się udział w kolejnej już w roku ceremonii pogrzebowej? Nie. Moim zdaniem nie. Ten straszny brak jest odczuwalny coraz bardziej. Gdy puzzli ubywa, dobitnie widać, jak niewiele pozostało fragmentów naszego obrazu świata. Nieraz odpycham myśl o kimś, kogo mi brakuje, bo wiem, że jak się rozpadnę po raz kolejny na milion kawałków, znowu mogę mieć problem z pozbieraniem się do kupy. A nie chcę znaleźć się na dnie rozpaczy. Ciężko się potem podnieść. Dlatego mimo listopada, który wpływa na mnie wyjątkowo źle, staram się za wiele nie myśleć i nie wspominać. Chcę się cieszyć życiem. Kocham życie - tak jak śpiewa Edyta Geppert - uparcie i skrycie, ponad życie, z nadzieją na lepsze jutro. Dlatego nie będę słuchać smutnych piosenek, gdyż już się napłakałam. Teraz chcę być radosna. I z chęcią posłucham sobie energetycznych utworów np. "I want to break free", "Another One Bites The Dust" czy "Radio Ga Ga".
Odszedł. Choć do końca żył muzyką. Ten utwór w moim odczuciu jest przepełniony smutkiem i żalem. Jest jak pożegnanie. Z życiem, które kończy się zbyt szybko, z ludźmi, którzy są potrzebni do tego życia, z otaczającym światem, który po odejściu kolejnego człowieka, nadal będzie istniał. Każdemu wydaje się, że bez niego świat stanie w miejscu. To nieprawda. Życie milionów ludzi toczy się dalej, jakby nic się nie stało. Garstka będzie naprawdę czuła pustkę po kimś, kto umarł. W końcu i ta niewielka grupka skurczy się maksymalnie, aż też przestanie istnieć. Owszem, jednostki wybitne przetrwają w pamięci zbiorowej, ale to już nie to samo, co dogłębny żal, taki rozrywający duszę, żal, który czują tylko szczególnie bliscy ludzie. Tacy, którzy znają jak nikt inny wszystkie odsłony natury danego człowieka, których łączą z nim wspomnienia dobrych i złych chwil, którzy byli z nim do samego końca. Na szczęście smutek kiedyś blaknie. W przeciwnym razie można by zwariować. Jednak w sercu pozostaje dziura, której nie jest w stanie nikt i nic zasklepić.
Od dłuższego czasu żegnam się z różnymi ludźmi. Jedni byli i nadal są dla mnie szczególnie ważni, inni mniej, ale za każdym razem przeżywam tę stratę. Z puzzli mojego świata, budowanego całymi latami, ubywa kolejnych elementów. I obraz nie jest już pełen. Ostatnio pożegnałam koleżankę. Kilka lat starszą ode mnie. Umarła nagle pozostawiając w szoku swoją rodzinę. Jeszcze nie tak dawno rozmawiałyśmy i śmiałyśmy się na rynku. Ciągle słyszę jej głos, widzę jej roześmianą twarz, mogę popatrzeć na je zdjęcie, odtworzyć filmik. Tak jak mogę wrócić do siebie sprzed kilkunastu lat i spojrzeć w oczy tamtej młodziutkiej dziewczynie z fotografii, uśmiechnąć się do własnego wizerunku, tak też, cofając się w czasie, mogę przypomnieć sobie tyle różnych momentów. Zdjęcia są magiczne. Zatrzymują tę chwilę i zawieszonego w niej człowieka. Na nagranych filmach jeszcze wyraźniej można dostrzec, jaki ktoś był, jak się zachował, jak brzmiał tembr jego głosu, jakie miał spojrzenie. Dziwne jest uczucie, że patrzy się na kogoś, kogo już nie ma. Ciało uległo rozkładowi, dusza gdzieś uleciała, pozostają wspomnienia i pamiątki.
Czy można oswoić się ze stratą kogoś bliskiego? Czy kiedykolwiek można się na stratę impregnować? Mniej przeżywać, gdy bierze się udział w kolejnej już w roku ceremonii pogrzebowej? Nie. Moim zdaniem nie. Ten straszny brak jest odczuwalny coraz bardziej. Gdy puzzli ubywa, dobitnie widać, jak niewiele pozostało fragmentów naszego obrazu świata. Nieraz odpycham myśl o kimś, kogo mi brakuje, bo wiem, że jak się rozpadnę po raz kolejny na milion kawałków, znowu mogę mieć problem z pozbieraniem się do kupy. A nie chcę znaleźć się na dnie rozpaczy. Ciężko się potem podnieść. Dlatego mimo listopada, który wpływa na mnie wyjątkowo źle, staram się za wiele nie myśleć i nie wspominać. Chcę się cieszyć życiem. Kocham życie - tak jak śpiewa Edyta Geppert - uparcie i skrycie, ponad życie, z nadzieją na lepsze jutro. Dlatego nie będę słuchać smutnych piosenek, gdyż już się napłakałam. Teraz chcę być radosna. I z chęcią posłucham sobie energetycznych utworów np. "I want to break free", "Another One Bites The Dust" czy "Radio Ga Ga".


Co Ty znowu siedzisz mi w głowie i piszesz co w niej jest? ��
OdpowiedzUsuńNa to wygląda ;)
Usuń