Czemu kobiety są nieraz wredne?
Takie oto pytanie usłyszałam ostatnio od pewnego młodego jeszcze nie do końca mężczyzny, przed którym - jak sądzę - długa droga do zgłębienia tajemnicy, której na imię kobieta. "Dlaczego jesteście czasami takie wredne?" - zapytał. "Takie, to znaczy jakie?" - ja również zapytałam. W odpowiedzi usłyszałam, że nieraz drzemy się bez sensu albo nie wiadomo czemu milczymy i olewamy facetów. Trujemy dupę o jakieś - zdaniem mężczyzn - bzdety, jesteśmy zawzięte, pamiętliwe i złośliwe. Poza tym nie kontrolujemy emocji, mamy wiecznie jakieś humory, no i te nieszczęsne hormony... Zaśmiałam się serdecznie. I to naprawdę serdecznie. Nie złośliwie, nie szyderczo, choć tak też zdarza mi się zaśmiać. Serdecznie, bo cóż... nie będę wypowiadać się za inne kobiety, ale mając na myśli siebie i co najmniej kilkanaście bliskich mi przedstawicielek płci żeńskiej, muszę przyznać, że tak, owszem, bywamy wredne. Nie zaprzeczam, nie dementuję tych oskarżeń pod naszym adresem rzucanych ustami młodego, niedoświadczonego i zagubionego małolata. Jednakowoż zdobyłam się na wyjaśnienie mu pewnych kwestii, stanowiących niewątpliwie przyczyny naszej wredności. To znaczy mojej i bliskich mi kobiet.
Jesteśmy wredne tylko i wyłącznie wtedy, kiedy trzeba. Kiedy już nie ma innego wyjścia. Absolutnie. Na przykład do furii doprowadza kobiety fakt, że mężczyznom trzeba powtarzać po kilkanaście albo i kilkadziesiąt razy to samo. Komunikat brzmi nieustannie i jednostajnie do pewnego momentu - kiedy w końcu pęka delikatna żyłka cierpliwości i wybucha bomba. Atomowa. Składająca się z wielu atomów złości kumulującej się za każdym razem, gdy trzeba znowu przypomnieć o tym i owym. Więc jak ta bomba uderza, to właśnie wtedy kobieta, drze się niby bez sensu i zupełnie niespodziewanie. Ja się pytam - jak to niespodziewanie? Czyż nie było widać narastającej furii w oczach, głosie i gestach przez kilka tygodni, gdy najpierw grzeczne prośby, a potem delikatna perswazja nie przynosiły efektów? Naprawdę nie było widać tych zaciśniętych ust, nie było słychać tych cedzonych przez zęby słów, tego jadowitego poczucia humoru? Dziwne doprawdy.
Do szału jestem doprowadzona, gdy nagle okazuje się, że ja w ogóle niczego nie mówiłam, że przecież trzeba było powiedzieć, podczas gdy - uwaga, męskie określenie - trułam dupę od wielu dni. Gdyby coś było wykonane może nie od razu, ale załóżmy w krótkim czasie, nie byłoby żadnego trucia i czepiania się (to też męskie określenie).Hitem zaś jest słowo - klucz, a właściwie przycisk uruchamiający bombę atomową o sile równej tej, która była zrzucona na wyspę Bikini przez USA. To słowo brzmi... ZARAZ. Zaraz potrafi zniweczyć cały znakomity nastrój w sekundę, a pozostawić zgliszcza nie do ogarnięcia przez przynajmniej cały dzień, a nawet tydzień. Podobnie rzecz się przedstawia z tekstem szczerze, bądź niezupełnie szczerze zdziwionego faceta: "Ale o co ci chodzi?". Zazwyczaj pada wtedy z ust rozjuszonej kobiety nieładna odpowiedź, zaczynająca się na literkę "g", a kończąca na "o". No bo co właściwie mądrego można powiedzieć w takiej sytuacji.
Bywamy wredne, gdy jesteśmy traktowane jak wielofunkcyjne roboty. Gdy spada na nas ogrom obowiązków, a mężczyźni nam "pomagają"i chcą za prozaiczne czynności być chwaleni niczym mali chłopcy. Gdy coś jest zrobione byle jak, ale wykonawca na słowo konstruktywnej krytyki obraża się i szantażuje, że w takim razie to on nie będzie "pomagał", skoro nie umie. Co to w ogóle za określenie, że facet "pomaga w domu"? Tak jakby nie był współodpowiedzialny za ten dom, który stworzył zakładając rodzinę. Pomagać to nie to samo co dzielić się sprawiedliwie obowiązkami. Pomagać to może dziecko na miarę swoich możliwości w określonym wieku, a nie dorosły mężczyzna.
Nasza wredota ujawnia się w pełni, gdy słyszymy komentarze skierowane nawet nie do nas, lecz rzucane gdzieś w dal, w stronę innych kobiet, a że któraś jest grubą barbą, a inna suchotnicą, ta ma cyce jak donice, a tamta jest jak Tereska - z tyłu deska, z przodu deska, tamta to pasztet czy kaszalot. No cały arsenał komplementów ze strony samych Adonisów czy herosów z pięknie wyrzeźbionym ciałem! Chylę czoła normalnie.
Jest jednak sposób, by nieco zniwelować poziom emocji i nasilenie wredoty. Wystarczy postępować tak jak mężczyźni. A najlepiej uczyć się ich myślenia. Na przykład nie zauważać bałaganu, niezapłaconych rachunków, brudnych garów, nierozpakowanej zmywarki, sterty ubrań do wyprania i wyprasowania, wrzeszczących dzieci itp. Ponadto od czasu do czasu wyjść na miasto, a wychodząc rzucić: "Nie czekaj na mnie. Nie wiem, o której wrócę". A gdy szanowny pan czeka wnerwiony do późna rzekomo nie mogąc spać ze zmartwienia, zapytać: "Ale o co ci chodzi?". W wolnym czasie, którego byłoby sporo, gdyby nie zauważało się wyżej wymienionych rzeczy, łupać w gry na komputerze lub konsoli, oglądać mecze z piwem w ręku i zdzierać gardło, krzycząc: "Gooool!" albo: "No dalej cipo jedna, strzelaj!" czy inne takie. Prowadzić auto nonszalancko, klnąc przy tym jak przysłowiowy szewc. Chodzić na siłkę i wyciskać bicka. Mieć w sobie więcej testosteronu zamiast progesteronu i estrogenu. No sama radość życia. Myślę, że wówczas i świat jawiłby się jako jakiś piękniejszy, a i w związku zapanowałaby harmonia. Bo co jak co, ale najważniejsze jest wzajemne zrozumienie potrzeb i zdrowy egoizm, nienapinanie się, niezajmowanie bzdetami. Prawda jest taka, że naprawdę zawsze zazdrościłam mężczyznom. Gdybym miała czarodziejską różdżkę, chętnie zamieniłabym się z którymś śmiałkiem. Tylko czy znalazłby się taki?
Jesteśmy wredne tylko i wyłącznie wtedy, kiedy trzeba. Kiedy już nie ma innego wyjścia. Absolutnie. Na przykład do furii doprowadza kobiety fakt, że mężczyznom trzeba powtarzać po kilkanaście albo i kilkadziesiąt razy to samo. Komunikat brzmi nieustannie i jednostajnie do pewnego momentu - kiedy w końcu pęka delikatna żyłka cierpliwości i wybucha bomba. Atomowa. Składająca się z wielu atomów złości kumulującej się za każdym razem, gdy trzeba znowu przypomnieć o tym i owym. Więc jak ta bomba uderza, to właśnie wtedy kobieta, drze się niby bez sensu i zupełnie niespodziewanie. Ja się pytam - jak to niespodziewanie? Czyż nie było widać narastającej furii w oczach, głosie i gestach przez kilka tygodni, gdy najpierw grzeczne prośby, a potem delikatna perswazja nie przynosiły efektów? Naprawdę nie było widać tych zaciśniętych ust, nie było słychać tych cedzonych przez zęby słów, tego jadowitego poczucia humoru? Dziwne doprawdy.
Do szału jestem doprowadzona, gdy nagle okazuje się, że ja w ogóle niczego nie mówiłam, że przecież trzeba było powiedzieć, podczas gdy - uwaga, męskie określenie - trułam dupę od wielu dni. Gdyby coś było wykonane może nie od razu, ale załóżmy w krótkim czasie, nie byłoby żadnego trucia i czepiania się (to też męskie określenie).Hitem zaś jest słowo - klucz, a właściwie przycisk uruchamiający bombę atomową o sile równej tej, która była zrzucona na wyspę Bikini przez USA. To słowo brzmi... ZARAZ. Zaraz potrafi zniweczyć cały znakomity nastrój w sekundę, a pozostawić zgliszcza nie do ogarnięcia przez przynajmniej cały dzień, a nawet tydzień. Podobnie rzecz się przedstawia z tekstem szczerze, bądź niezupełnie szczerze zdziwionego faceta: "Ale o co ci chodzi?". Zazwyczaj pada wtedy z ust rozjuszonej kobiety nieładna odpowiedź, zaczynająca się na literkę "g", a kończąca na "o". No bo co właściwie mądrego można powiedzieć w takiej sytuacji.
Bywamy wredne, gdy jesteśmy traktowane jak wielofunkcyjne roboty. Gdy spada na nas ogrom obowiązków, a mężczyźni nam "pomagają"i chcą za prozaiczne czynności być chwaleni niczym mali chłopcy. Gdy coś jest zrobione byle jak, ale wykonawca na słowo konstruktywnej krytyki obraża się i szantażuje, że w takim razie to on nie będzie "pomagał", skoro nie umie. Co to w ogóle za określenie, że facet "pomaga w domu"? Tak jakby nie był współodpowiedzialny za ten dom, który stworzył zakładając rodzinę. Pomagać to nie to samo co dzielić się sprawiedliwie obowiązkami. Pomagać to może dziecko na miarę swoich możliwości w określonym wieku, a nie dorosły mężczyzna.
Nasza wredota ujawnia się w pełni, gdy słyszymy komentarze skierowane nawet nie do nas, lecz rzucane gdzieś w dal, w stronę innych kobiet, a że któraś jest grubą barbą, a inna suchotnicą, ta ma cyce jak donice, a tamta jest jak Tereska - z tyłu deska, z przodu deska, tamta to pasztet czy kaszalot. No cały arsenał komplementów ze strony samych Adonisów czy herosów z pięknie wyrzeźbionym ciałem! Chylę czoła normalnie.
Jest jednak sposób, by nieco zniwelować poziom emocji i nasilenie wredoty. Wystarczy postępować tak jak mężczyźni. A najlepiej uczyć się ich myślenia. Na przykład nie zauważać bałaganu, niezapłaconych rachunków, brudnych garów, nierozpakowanej zmywarki, sterty ubrań do wyprania i wyprasowania, wrzeszczących dzieci itp. Ponadto od czasu do czasu wyjść na miasto, a wychodząc rzucić: "Nie czekaj na mnie. Nie wiem, o której wrócę". A gdy szanowny pan czeka wnerwiony do późna rzekomo nie mogąc spać ze zmartwienia, zapytać: "Ale o co ci chodzi?". W wolnym czasie, którego byłoby sporo, gdyby nie zauważało się wyżej wymienionych rzeczy, łupać w gry na komputerze lub konsoli, oglądać mecze z piwem w ręku i zdzierać gardło, krzycząc: "Gooool!" albo: "No dalej cipo jedna, strzelaj!" czy inne takie. Prowadzić auto nonszalancko, klnąc przy tym jak przysłowiowy szewc. Chodzić na siłkę i wyciskać bicka. Mieć w sobie więcej testosteronu zamiast progesteronu i estrogenu. No sama radość życia. Myślę, że wówczas i świat jawiłby się jako jakiś piękniejszy, a i w związku zapanowałaby harmonia. Bo co jak co, ale najważniejsze jest wzajemne zrozumienie potrzeb i zdrowy egoizm, nienapinanie się, niezajmowanie bzdetami. Prawda jest taka, że naprawdę zawsze zazdrościłam mężczyznom. Gdybym miała czarodziejską różdżkę, chętnie zamieniłabym się z którymś śmiałkiem. Tylko czy znalazłby się taki?


Gdybyś mogła być mężczyzną jeden dzień, pewnie byłabyś supermenem. Tyle o kobietach wiesz... :)
OdpowiedzUsuńWpis pierwsza klasa. Moje odczucia są zgodne z Twoimi i popieram każdą napisaną przez Ciebie linijkę, no może poza ostatnią... Nigdy nie chciałabym zamienić się z żadnym facetem miejscem, nie zniosłabym gdyby coś dyndało mi między nogami...;-) Mentalnie też nie. Ja jestem trochę wredną kobietą. A mój ideał kobiety doskonale oddaje Alicja Majewska w swojej piosence ... "Być kobietą być kobietą marzyć ciągle będą dzieckiem, być kobietą bo kobiety są występne i zdradzieckie, być kobietą być kobietą oszukiwać dręczyć zdradzać nawet gdyby komuś miało to przeszkadzać " ;)
OdpowiedzUsuńA mnie tam by nie przeszkadzało dyndające coś między nogami ;) w zamian za to miałabym pod wieloma względami klawe życie :D
Usuń